Retour

Explorez tous les épisodes du podcast Zwierciadło Podcasty

Plongez dans la liste complète des épisodes de Zwierciadło Podcasty. Chaque épisode est catalogué accompagné de descriptions détaillées, ce qui facilite la recherche et l'exploration de sujets spécifiques. Suivez tous les épisodes de votre podcast préféré et ne manquez aucun contenu pertinent.

Rows per page:

1–50 of 361

TitreDateDurée
„Na paznokcie chodzimy co kilka dni, a raz w roku na cytologię, to nam się nie chce”. Katarzyna Kucewicz o zdrowotnej prokrastynacji i „chwytaniu życia” | „Jak zdrowie”, odc. 1621 mai 202600:55:05

„Badanie się to nie szukanie choroby, a chwytanie życia” – mówi psycholożka Katarzyna Kucewicz w podcaście „Jak zdrowie”, prowadzonym przez Anna Augustyn-Protas. I trafia w samo sedno współczesnego paradoksu. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tak łatwego dostępu do wiedzy o profilaktyce, badań i ekspertów. A jednak tysiące osób wciąż odkładają cytologię, morfologię czy USG na „po świętach”, „po projekcie”, „jak będzie spokojniej”. Problem w tym, że spokojniej zwykle nie będzie. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.

Prokrastynacja zdrowotna. Choroba naszych czasów

O prokrastynacji mówi się najczęściej w kontekście pracy, maili i deadlinów. Ale istnieje też jej znacznie groźniejsza odmiana – prokrastynacja zdrowotna. To mechanizm odkładania badań, konsultacji lekarskich i troski o siebie mimo świadomości, że są ważne.

Dlaczego to robimy? Powodów jest wiele: lęk, przebodźcowanie, brak czasu, ale też kultura, w której produktywność stała się nową religią. Jak zauważa Katarzyna Kucewicz, „mantrą milenialsów i pokolenia Y jest etos pracy i poświęcania się”. Najpierw dowozimy projekty, opiekujemy się dziećmi, odpowiadamy na wiadomości, a dopiero później – jeśli zostanie nam siła – zajmujemy się sobą.

Tyle że organizm nie działa jak aplikacja, którą można zaktualizować później. „Ciało to nie maszyna, którą muszę zajechać, a mój domek ukochany” – mówi psycholożka, co wybrzmiewa szczególnie mocno w świecie, który nauczył nas traktować zmęczenie jak oznakę sukcesu.

„Nie chcę wiedzieć”. Lęk silniejszy niż rozsądek

Najbardziej zaskakujące jest to, że wiele osób świadomie unika badań nie dlatego, że nie wierzy w profilaktykę. Wręcz przeciwnie – boi się tego, co może usłyszeć.

„Pacjenci mówią: nie chcę wiedzieć, jeszcze się czegoś dowiem, a ja mam tyle rzeczy na głowie” – opowiada Katarzyna Kucewicz.

Psychologia zna ten mechanizm bardzo dobrze. Unikanie daje krótkotrwałą ulgę. Jeśli nie odbiorę wyników, nie będę musiał się martwić. Jeśli nie pójdę do lekarza, problem jakby nie istnieje. Tyle że ciało nie zawiesza swoich procesów tylko dlatego, że odwracamy wzrok.

W podcaście wraca też osobisty wątek ekspertki. „Historia mojej rodziny to jedna wielka onkohistoria. I ja widziałam, jak osoby mi bliskie odchodzą, bo bagatelizowały objawy” – przyznaje Kucewicz. To doświadczenie sprawia, że jeszcze mocniej podkreśla rolę regularnej profilaktyki i oswajania lęku przed diagnozą. Bo badania nie odbierają spokoju, często właśnie go przywracają.

Self-care, który kończy się na paznokciach

Współczesny wellness bywa powierzchowny. Kochamy rytuały beauty, śledzimy trendy suplementacyjne, inwestujemy w kosmetyki i zabiegi, ale kiedy przychodzi do podstawowej profilaktyki, entuzjazm nagle znika.

„Kobiety chodzą na paznokcie co kilka dni, a raz w roku na cytologię to nam się nie chce. Albo boimy się igieł, ale idziemy na powiększenie ust. Badania nas nie dopaminują” – zauważa psycholożka i jest to celna diagnoza. Profilaktyka nie daje natychmiastowej nagrody. Nie widać jej na Instagramie. Nie poprawia wyglądu w piętnaście minut. Jest inwestycją długoterminową – a współczesny mózg kocha szybkie gratyfikacje.

Dlatego coraz więcej ekspertów mówi dziś o redefinicji dbania o siebie. „Dbanie o siebie to nie jest tylko powierzchowne pudrowanie noska, czesanie włosów czy nakładanie makijażu” – podkreśla Kucewicz.

Prawdziwy self-care zaczyna się tam, gdzie kończy się estetyka, a zaczyna odpowiedzialność za własne zdrowie.

Mikronawyki zamiast wielkiej rewolucji

Największy błąd? Myślenie, że trzeba zmienić wszystko naraz. Zapisać się do pięciu specjalistów, zrobić komplet badań, wdrożyć dietę i jeszcze zacząć medytować.

Psycholożka proponuje coś znacznie bardziej realistycznego: strategię mikronawyków.

Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.

„Nie mam grubej skóry, to jest mój problem”. Jolanta Kwaśniewska o byciu chuliganką, która kocha Bruno Marsa i cieszy się drobiazgów | „Kobiety rządzą”, odc. 520 mai 202601:00:22

„Więcej pary w koła, a mniej w gwizdek” – mówi Jolanta Kwaśniewska i trudno o lepsze zdanie otwierające rozmowę o kobiecej sile, klasie i sprawczości. W podcaście „Kobiety rządzą” Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna Zwierciadła, spotyka się z kobietą, która przez lata była dla Polek symbolem nowoczesnej Pierwszej Damy, ale także kimś znacznie więcej: społeczniczką, liderką, kobietą czynu. To rozmowa o charakterze, który buduje się od dzieciństwa, o ciekawości świata, odporności psychicznej, zdrowym starzeniu się i o tym, dlaczego zazdrość odbiera energię do życia.

Wizerunek Jolanty Kwaśniewskiej przez lata obrósł elegancją, dyplomacją i perfekcyjnym wyczuciem sytuacji. Tymczasem ona sama z rozbrajającą szczerością wraca do dzieciństwa i opowiada historię dziewczynki, która bardziej niż grzeczną panienkę przypominała herszta podwórka.

„Byłam i jestem chuliganką” 

– „Byłam brzydkim dzieckiem, starsza siostra była „Niusia”, młodsza „Lala”, a ja „Jola”. Byłam chuliganem, kumplem synów sąsiadów. i prowodyrką, wchodziłam na drzewo, a żeby mieć prezent dla matek chodziliśmy na tzw. szaber po kwiatka” – wspomina.

To właśnie w tych obrazach kryje się klucz do późniejszej siły byłej Pierwszej Damy. Nie ma w niej pozy wypracowanej przez polityczne salony. Jest za to temperament, energia i niezgoda na bierność. Sama mówi wprost: – „Ja nie mam takiej sytuacji, że jak trzeba coś zrobić, to ja czekam aż ktoś coś zrobi”. Potrzeba działania przewija się przez całą rozmowę. Kwaśniewska nie ukrywa, że fascynują ją ludzie, którzy mają odwagę zmieniać rzeczywistość, zamiast jedynie ją komentować. – „Kocham sprawczość” – podkreśla. I właśnie dlatego jej publiczna działalność od lat wykracza daleko poza ceremonialną rolę byłej Pierwszej Damy.

Ciekawość świata jako sposób na życie

W rozmowie z Joanną Olekszyk wielokrotnie wraca temat rodzinnego domu. Jolanta Kwaśniewska mówi o ojcu z ogromną czułością, ale też podziwem. To po nim odziedziczyła życiowy głód i rodzaj optymizmu, który nie jest naiwny, tylko wypracowany doświadczeniem.

– „Mam geny mojego taty, który był głodny życia. Ciekawość ludzi i świata też mam po tacie” – mówi. Na dowód przytacza historię, która wyjaśnia więcej niż najbardziej psychologiczne analizy odporności psychicznej: – Optymizm mam po tacie, który przeszedł 14 operacji, w tym dwie na otwartym sercu i jedną kręgosłupa, i mówił: „jeszcze 13 operacyjka”.

To charakterystyczne dla Jolanty Kwaśniewskiej – nawet o trudnych rzeczach mówi bez patosu. Nie buduje pomników z własnych doświadczeń. Raczej pokazuje, że życie wymaga ruchu, elastyczności i poczucia humoru. Być może właśnie dlatego od lat pozostaje jedną z najbardziej lubianych postaci życia publicznego w Polsce. Nie dlatego, że jest idealna, ale dlatego, że wydaje się prawdziwa.

„Nieważne co, ale kto mówi”

W epoce krzyku, politycznego teatru i nieustannego oceniania nasza bohaterka zwraca uwagę na coś, co dziś wydaje się niemal staroświeckie: znaczenie autorytetu i wiarygodności.

– „Dla mnie nieważne co, ale kto mówi” – przyznaje. Wybrzmiewa to szczególnie mocno w czasach, gdy eksperckość miesza się z internetowym chaosem, a opinie często mają większą wartość niż doświadczenie. Kwaśniewska nie mówi tego z pozycji mentorki pouczającej innych. Raczej z perspektywy kobiety, która przez dekady obserwowała życie publiczne od środka i wie, jak łatwo stracić zaufanie ludzi.

Jednocześnie nie udaje osoby odpornej na wszystko. Wręcz przeciwnie. W jednym z najbardziej poruszających momentów rozmowy przyznaje: – „Nie mam grubej skóry, to jest mój problem. Jak ktoś komuś zrobi przykrość, to mnie to boli” i jest to ważne wyznanie w kulturze, która często utożsamia siłę z emocjonalnym pancerzem. Rozmówczyni pokazuje coś odwrotnego – można być skuteczną, wpływową i jednocześnie zachować wrażliwość.

Gościni opowiada o dbaniu o siebie bez obsesji i bez udawania, że czas nie istnieje. Ważne są codzienne wybory, energia, relacje i ciekawość świata.


„W stresie idziemy w agresję albo uległość”. Halina Piasecka o tym, jak niektórzy szefowie niszczą całe zespoły | „Ukryte piękno”. odc. 2519 mai 202600:47:28

„Człowiek, który nie okazuje emocji, to nie jest dobry lider. Taki człowiek nie budzi zaufania, ludzie za nim nie pójdą” – mówi psycholożka Halina Piasecka w podcaście „Ukryte piękno”, prowadzonym przez Magdalenę Kuszewską. I właściwie już tym jednym zdaniem podważa mit, na którym przez dekady budowano kulturę pracy: że profesjonalizm oznacza chłód, dystans i emocjonalną kontrolę.

Jeszcze kilka lat temu w świecie pracy dominował prosty komunikat: emocje zostaw za drzwiami. Lider miał być odporny, zdecydowany, skuteczny. Najlepiej niewzruszony. Tymczasem rzeczywistość po pandemii, kryzysy psychiczne pracowników, wypalenie zawodowe i zmęczenie kulturą permanentnej produktywności sprawiły, że coraz więcej osób zaczęło zadawać sobie pytanie: ile kosztuje nas udawanie, że niczego nie czujemy?

Emocje wracają do biur
W rozmowie z Magdaleną Kuszewską Halina Piasecka, psycholożka i autorka książki Czuję, więc jestem, pokazuje, że emocje nie są przeszkodą w skutecznym działaniu. Są informacją. Kompasem. A czasem ostatnim sygnałem alarmowym, zanim organizm powie „dość”.

To właśnie problemy ze snem – jak podkreśla ekspertka – są dziś najczęstszym powodem, z którym klienci trafiają do gabinetów psychologicznych. Bezsenność okazuje się często językiem niewyrażonych napięć, przeciążenia i emocji, które przez lata były spychane na margines. Bo ciało, wcześniej czy później, zaczyna mówić za nas.

Lider też człowiek

Najciekawszy moment podcastu pojawia się wtedy, gdy rozmowa schodzi na temat emocji w zarządzaniu. Co zrobić, gdy liderka płacze przy zespole? Czy szef może okazywać słabość? Czy autorytet nie pęka wtedy jak cienkie szkło?

Magdalena Kuszewska pyta wprost: co zrobić, jeśli liderka jest zbyt emocjonalna i zdarza jej się płakać przy zespole? Odpowiedź Haliny Piaseckiej daleka jest od korporacyjnych sloganów o „zarządzaniu emocjami”. Psycholożka nie namawia do tłumienia uczuć. Przeciwnie – przypomina, że emocjonalność sama w sobie nie jest problemem. Problemem bywa brak świadomości tego, co się z nami dzieje.

Bo – jak zauważa – „każdy z nas w sytuacji stresowej ma tendencję do pójścia w uległość albo w agresję”. I właśnie wtedy uruchamiają się zachowania, których później żałujemy. Piasecka przywołuje obrazowy przykład liderki, która pod wpływem napięcia „waliła w kafelki w łazience”. To nie anegdota o wybuchowym charakterze. To opowieść o przeciążeniu, które przez zbyt długi czas pozostawało niewidzialne.

W świecie pracy wciąż pokutuje przekonanie, że skuteczny lider powinien być nieomylny i odporny. Tymczasem ludzie – jak mówi psycholożka – „nie cenią liderów-robotów”. Cenią tych, przy których można czuć się bezpiecznie.

Emocje są zaraźliwe

Nie chodzi jednak wyłącznie o atmosferę. Psychologia od lat pokazuje, że emocje przenoszą się w grupach szybciej, niż nam się wydaje. Napięcie jednej osoby potrafi rozregulować cały zespół. Spokój – odwrotnie – może działać stabilizująco.

„Nasze emocje i zachowania są zaraźliwe” – przypomina Halina Piasecka. To zdanie brzmi dziś jak diagnoza współczesnego rynku pracy. Jeśli lider żyje w ciągłym napięciu, jego zespół zaczyna funkcjonować dokładnie tak samo. Jeśli komunikacja opiera się na presji, ludzie przestają myśleć kreatywnie i zaczynają działać wyłącznie reaktywnie.

Dlatego coraz większą wartością staje się umiejętność zadawania pytań zamiast wydawania poleceń. „Dobrze zarządza zespołem i relacją ten, który zadaje dobre pytania” – mówi psycholożka. To zupełnie inny model przywództwa niż ten, do którego przyzwyczaiły nas korporacyjne podręczniki z początku lat 2000.

Dlaczego słowo „ale” potrafi wszystko zepsuć

W podcaście pojawia się też pozornie drobny temat języka. Halina Piasecka zwraca uwagę na jedno słowo, które regularnie sabotuje relacje – zarówno prywatne, jak i zawodowe. Chodzi o „ale”.

To ono najczęściej unieważnia komplementy, osłabia wsparcie i zamienia rozmowę w ocenę. „Świetnie to zrobiłaś, ale…” – słyszymy. I nagle cała pozytywna część zdania przestaje mieć znaczenie.


„Miłość do każdego dziecka jest inna”. Dlaczego niektóre matki są zazdrosne o córki i co robią nam mity o macierzyństwie? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 215 mai 202600:49:37

„Dzieci trzeba chcieć. Dzieci są egocentryczne” – mówi Katarzyna Miller w 2. odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości”. I już po kilku minutach rozmowy wiadomo, że nie będzie to kolejna cukierkowa opowieść o macierzyństwie jako spełnieniu kobiecego losu. Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, razem z psycholożką biorą pod lupę najbardziej utrwalone i okrutne mity dotyczące bycia matką. Sponsor partnerem odcinka jest marka Pandora.

Macierzyństwo wciąż bywa przedstawiane jak stan naturalnej łaski: kobieta rodzi dziecko, natychmiast zalewa ją fala miłości, intuicja działa bezbłędnie, a jej życie nabiera sensu.

Instynkt macierzyński? „Miłość nie zawsze spada z nieba”

Jednym z najmocniej zakorzenionych przekonań jest wiara w automatyczny instynkt macierzyński. Kobieta ma „wiedzieć”, „czuć”, „rozumieć”. Tymczasem Katarzyna Miller mówi wprost: „Dzieci trzeba chcieć. Dzieci są egocentryczne”.

To zdanie wybrzmiewa mocno właśnie dlatego, że odbiera macierzyństwu fałszywy romantyzm. Psycholożka przypomina, że dziecko nie pojawia się po to, by uleczyć dorosłych z samotności, nadać życiu sens albo skleić relację. Ono przede wszystkim potrzebuje uwagi, czasu i emocjonalnej obecności. A to oznacza ogromne obciążenie – również psychiczne.

W rozmowie pojawia się ważny wątek kobiecego wstydu. Bo co, jeśli miłość nie przychodzi od razu? Co, jeśli zamiast wzruszenia pojawia się lęk, zmęczenie albo poczucie utraty dawnego życia? Miller podkreśla, że takie emocje nie czynią nikogo złą matką. Czynią ją człowiekiem.

Matka wie najlepiej? Niekoniecznie

Przez dekady kobiety słyszały, że „matczyna intuicja” jest nieomylna. Tymczasem Miller przypomina, że wielu dorosłych do dziś nosi w sobie ślady dziecięcych rozczarowań i niespełnionych obietnic.

Psycholożka przywołuje osobiste wspomnienie: „Nie zapomnę, jak nie spałam całą noc, bo mama obiecała iść ze mną na grzyby”.

Z takich pozornie drobnych scen buduje się dziecięce poczucie bezpieczeństwa. Nie z perfekcyjnych metod wychowawczych ani modnych poradników. Dziecko nie potrzebuje matki idealnej. Potrzebuje przewidywalności, obecności i emocjonalnej prawdy.

Rozmowa pokazuje też, jak niebezpieczne bywa przekonanie, że rodzic „wie lepiej”, czego dziecko potrzebuje. Czasem pod hasłem troski ukrywa się kontrola. Czasem – własne lęki.

Czy matka kocha wszystkie dzieci tak samo?

To jeden z najbardziej tabuizowanych tematów. Bo kultura wymaga od matek miłości identycznej, równej, sprawiedliwej. Katarzyna Miller mówi jednak otwarcie: „Miłość macierzyńska jest inna do każdego dziecka”.

I właśnie ta szczerość sprawia, że podcast „Przerwa na kawę z Kasią Miller” działa mocniej niż kolejny poradnik o idealnym rodzicielstwie. Nie daje prostych recept. Nie moralizuje. Zamiast tego pozwala kobietom odetchnąć od presji perfekcji.

To rozmowa o macierzyństwie bez instagramowego filtra. O zmęczeniu, ambiwalencji, czułości i granicach. Ale też o tym, że dobra matka nie musi być święta. Wystarczy, że pozostanie prawdziwa.

Miłość ma więcej niż jedną twarz

Partnerem odcinka jest marka Pandora, która w kampanii BE LOVE przypomina o czymś, co wybrzmiewa również w rozmowie Joanny Olekszyk i Katarzyny Miller: że miłość nie zawsze wygląda tak, jak pokazują ją filmy czy media społecznościowe. Nie zawsze jest łatwa, spektakularna i bezwarunkowo piękna.

Czasem miłość oznacza stawianie granic. Czasem troskę o siebie. Czasem umiejętność powiedzenia: „nie jestem idealna”. I właśnie dlatego kampania Pandora BE LOVE tak dobrze koresponduje z tematem tego odcinka – pokazuje różne odcienie bliskości: miłość rodzinną, przyjacielską, partnerską, ale też tę skierowaną do samej siebie.

Bez lukru, za to z autentycznością. Bo być może najważniejsze relacje w naszym życiu to nie te najbardziej widowiskowe, ale te najbardziej prawdziwe.

Więcej o kampanii BE LOVE i kolekcjach marki znajdziesz na Pandora.

„Nie histeryzuj” to nie wsparcie, a brak szacunku. Dr Aleksandra Piotrowska o zawstydzanych emocjach | „Dylematy mamy i taty”, odc. 413 mai 202600:56:07

„Emocje są kawałkiem nas, równie ważne jak pamięć czy postrzeganie. Emocje służą nam do motywacji. A u nas w kraju standardem jest MO — miłość obywatelska” — mówi psycholożka, dr Aleksandra Piotrowska w podcaście „Dylematy mamy i taty”, prowadzonym przez Alinę Gutek, zastępczynię redaktorki naczelnej magazynu „Zwierciadło”. I właśnie od emocji — tych dziecięcych, ale też naszych, dorosłych — zaczyna się rozmowa o lękach, które coraz częściej przestają być chwilowym etapem rozwoju, a stają się sygnałem alarmowym. Sponsorem odcinka podcastu jest BOIRON.

Jeszcze kilka lat temu dziecięce lęki często traktowano jak fanaberię albo przejaw nadwrażliwości. Dziś psychologowie alarmują: liczba dzieci i nastolatków z objawami zaburzeń lękowych oraz depresyjnych rośnie dramatycznie. Problemy ze snem, wycofanie, bóle brzucha przed szkołą, ataki paniki, izolowanie się od rówieśników — to nie są „gorsze dni”, które zawsze mijają same.

W rozmowie z Aliną Gutek psycholożka, dr Aleksandra Piotrowska podkreśla, że kluczowe jest odróżnienie naturalnego strachu od lęku, który zaczyna dezorganizować codzienność dziecka. Strach ma konkretny obiekt: ciemność, psa, hałas, sprawdzian. Lęk jest bardziej rozlany — często trudny do nazwania nawet dla dorosłego, a co dopiero dla kilku- czy kilkunastolatka.

I właśnie dlatego tak ważna staje się uważność rodziców. Nie na oceny. Nie na „grzeczność”. Tylko na zmianę funkcjonowania.

Czerwone flagi, których nie warto ignorować

Dziecko nagle przestaje spotykać się z przyjaciółmi. Coraz częściej boli je brzuch przed wyjściem do szkoły. Zamyka się w pokoju. Reaguje złością albo płaczem na sytuacje, które wcześniej były neutralne. Nie śpi. Nie je. Albo przeciwnie — ucieka w jedzenie, ekran, całkowite odcięcie.

To moment, w którym rodzic powinien przestać pytać: „czy ono nie przesadza?” i zacząć zastanawiać się: „co ono próbuje mi powiedzieć?”.

Dr Piotrowska zwraca uwagę, że dzieci bardzo często nie mają języka do opisywania własnych stanów emocjonalnych. Zamiast powiedzieć „boję się”, mówią: „nie chcę iść do szkoły”, „boli mnie głowa”, „zostaw mnie”. Problem w tym, że dorośli nadal zbyt często odpowiadają zawstydzaniem.

„Jak słyszymy: ‘nie histeryzuj’, ‘chciałabym mieć twoje problemy’ — to jest brak szacunku” — mówi psycholożka. I dodaje, że podobne komunikaty uczą dziecko jednego: że jego emocje są nieważne albo niepożądane.

„Swoje nerwy możesz sobie w kieszeń wsadzić”

W polskiej kulturze emocje dzieci nadal bywają traktowane jak problem wychowawczy, a nie informacja. Złość? Niegrzeczność. Płacz? Manipulacja. Lęk? Przesada.

„Swoje nerwy to możesz sobie w kieszeń wsadzić. Dzieci wciąż są tak zawstydzane przez nauczycieli. Ten przekaz pokazuje, że dzielimy emocje na dobre i złe, które u grzecznego dziecka nie powinny się pojawić” — zauważa dr Piotrowska.

To szczególnie niebezpieczne w przypadku dzieci wysoko wrażliwych, perfekcyjnych albo tych, które od najmłodszych lat słyszą, że „muszą sobie radzić”. Bo dzieci, które nigdy nie uczą się mówić o emocjach, często zaczynają mówić o nich ciałem.

Bólami brzucha. Bezsennością. Tikami. Wycofaniem. Agresją.

Nawet po latach można odbudować relację

Dla wielu rodziców najbardziej poruszający może okazać się fragment o poczuciu winy. O tym, że wychowywali „tak jak ich wychowano”. Że sami nie słyszeli „kocham cię”, więc trudno im dziś mówić to własnym dzieciom.

„W wielu dzisiejszych domach dorośli mają kłopot, żeby powiedzieć: ‘kocham cię’. Po co to mówić, wystarczy, że ci samochód umyję” — zauważa psycholożka z charakterystyczną dla siebie ironią.

„To nie jest tak, że nie da się zbudować na nowo relacji z dzieckiem, nawet jeśli przez 10 lat popełnialiśmy błędy” — mówi dr Piotrowska.

Bo dzieci nie potrzebują perfekcyjnych rodzin. Potrzebują dorosłych, którzy potrafią zauważyć, że za złością, wycofaniem albo „histerią” bardzo często stoi po prostu lęk.

Sponsorem odcinka podcastu jest BOIRON.

 

„Ciało wie”. Dekalog kobiety spełnionej dr. Tadeusza Oleszczuka i Aldony Luterek | „Ukryte piękno”. odc. 2411 mai 202601:15:25

Spotykam osoby pogubione. Kobieta ma 50 lat i mówi: nie wiem, kim jestem. Mówię wtedy, zrób sobie rytuał, uczcij ten moment, bo to może być pierwszy dzień twojego nowego życia - mówi Aldona Luterek, soul coach®, właścicielka marki kosmetycznej Phenomé w podcaście „Ukryte piękno” . - Ciało to nasz przyjaciel. Ono nam mówi, jak mamy żyć - dodaje dr Tadeusz Oleszczuk. Jak przestać je traktować jak projekt do poprawy, a zacząć widzieć w nim przestrzeń życia i za czym tęsknią kobiety dojrzałe? Sponsorem odcinka jest marka kosmetyków naturalnych Phenomé.

Dojrzałe ciało przez lata opisywano językiem braku: mniej jędrności, mniej energii, mniej możliwości. A gdyby odwrócić tę narrację? W podcaście „Ukryte piękno” Magdalena Kuszewska rozmawia z dr. Tadeuszem Oleszczukiem i Aldoną Luterek, soul coachem® i właścicielką marki Phenomé o tym, jak wspierać ciało zamiast z nim walczyć i je krytykować? - Bo – jak mówi ginekolog: ono wie. I jeśli tylko damy mu głos, może nas zaskoczyć.

Ciało to nie problem - to relacja

Moment, w którym zaczynamy patrzeć na ciało jak na „problem do rozwiązania”, przychodzi często niepostrzeżenie. Zaczyna się od drobnych korekt, kontroli, porównań. Kończy – napięciem i poczuciem, że ciągle jesteśmy „nie dość”.

Tymczasem, jak podkreśla dr Tadeusz Oleszczuk: „ciało to nasz przyjaciel. Ono nam mówi, jak mamy żyć. Ono się adaptuje.” Problem w tym, że rzadko słuchamy.

Aldona Luterek widzi to w swojej pracy codziennie: kobiety zmęczone, przebodźcowane, odcięte od siebie. „W trakcie sesji soul coachingowych® i numerologicznych słyszę od kobiet, że śpią po sześć godzin” – mówi. I dodaje: to nie jest kwestia braku wiedzy, to kwestia decyzji.

Bo zmiana zaczyna się od zatrzymania. „Pośpiech nie pozwala na podjęcie dobrych decyzji, trzeba się zatrzymać. Podjąć decyzję, że coś chcę zrobić inaczej” – podkreśla Luterek.

Dojrzałe ciało – rachunek za styl życia

Dojrzałość nie przychodzi nagle, jest konsekwencją. Często bardzo konkretną.

Na pytanie Magdaleny Kuszewskiej o to, co dzieje się w ciele po czterdziestce i pięćdziesiątce, dr Oleszczuk odpowiada bez złudzeń:
„To są konsekwencje codziennych nawyków przez ostatnie 15 lat. Jeśli kobieta nie dbała o siebie, mało spała, jadła byle co, to jak spadnie kurtyna estrogenowa, to wychodzi wszystko, o czym ciało szeptało przez lata.”

I dodaje coś, co wybrzmiewa jak ostrzeżenie, ale też jak wezwanie do uważności: „Przecież 80% nowotworów jest po 45. roku życia.”

To nie jest narracja strachu, tylko odpowiedzialności, bo ciało nie karze, tylko informuje.

Multitasking? Droga donikąd

Współczesna kobieta jest mistrzynią zarządzania. Zadaniami, emocjami, relacjami. Tylko że to mistrzostwo ma swoją cenę.

„Multitasking nas rozjeżdża” – mówi wprost dr Oleszczuk.

I trudno się z tym nie zgodzić. Ciągłe przełączanie uwagi, życie w trybie „więcej, szybciej, lepiej” oddala nas od podstawowego pytania: czego naprawdę potrzebuję?

W tej perspektywie luksus zmienia znaczenie. „Luksus to nie jest pęd” – słyszymy w podcaście. Luksus to czas. Sen. Uważność. Decyzja, by nie robić wszystkiego.

Punkt zwrotny: „nie wiem, kim jestem”

Dojrzałość bywa momentem kryzysu. Ale – jak pokazuje rozmowa – może być też początkiem.

Aldona Luterek opowiada o kobietach, które przychodzą do niej z jednym zdaniem: „Mam 50 lat i nie wiem, kim jestem.”
Jej odpowiedź jest zaskakująco prosta: „Zrób sobie rytuał, uczcij ten moment, bo to może być pierwszy dzień twojego nowego życia.”

To odwrócenie perspektywy jest kluczowe. Zamiast traktować zmianę jak stratę, można zobaczyć w niej przestrzeń.

Czułość zamiast krytyki

Jednym z najbardziej poruszających wątków rozmowy jest temat czułości wobec własnego ciała.

„Łatwiej dajemy czułość drugiemu człowiekowi, a nie sobie” – zauważa Luterek.

A przecież to właśnie relacja z własnym ciałem jest tą najdłuższą i to najbardziej wymagającą.

Sponsorem odcinka podcastu „Ukryte piękno” jest marka kosmetyków naturalnych Phenomé.


„Model trzech foteli nie działa”. Dr Tomasz Anyszek o kortyzolu i stresie, który może zmieniać wyniki badań | „Jak zdrowie”, odc. 1505 mai 202600:51:56

„Błędny wynik jest gorszy niż brak wyniku” – mówi dr n. med. Tomasz Anyszek. W podcaście „Jak zdrowie” prowadzonym przez Annę Augustyn-Protas tłumaczy, jak stres – często niedostrzegany i bagatelizowany – potrafi zmieniać wyniki badań krwi, imitować choroby i wprowadzać nas w diagnostyczne pułapki. To opowieść o tym, dlaczego zanim zaczniemy leczyć liczby, powinniśmy przyjrzeć się własnemu życiu. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.

Z pozoru to tylko liczby: glukoza, CRP, lipidogram. W praktyce – zapis stylu życia, napięcia, niewyspania i emocji, których nie dopuszczamy do głosu. W odcinku podcastu „Jak zdrowie” Anna Augustyn-Protas rozmawia z internistą i specjalistą diagnostyki laboratoryjnej i zdrowia publicznego dr. Tomaszem Anyszkiem o tym, jak stres przenika do biologii i dlaczego czasem to nie choroba zniekształca wyniki badań, ale… nasze życie.

Psychika zapisana w liczbach

Badania krwi uchodzą za najbardziej obiektywny zapis naszego zdrowia. Liczby nie kłamią – powtarzamy. A jednak coraz więcej danych pokazuje, że mogą opowiadać historię znacznie bardziej złożoną, niż tylko fizjologia.

W stanie stresu organizm przełącza się w tryb przetrwania. Wzrasta poziom hormonów stresu, zmienia się metabolizm, przyspiesza akcja serca. To reakcje, które mają nas chronić – ale w dłuższej perspektywie zaczynają zaburzać równowagę.

– „Jak najbardziej – zupełnie inne wyniki krwi mamy, jeśli pójdziemy zrelaksowani na badanie, a inne jeśli zestresowani. Chodzi o hormony, m.in. kortyzol” – wyjaśnia dr n. med. Tomasz Anyszek i dodaje: „Poziom kortyzolu to podstawowy wyznacznik stresu”.

Kortyzol nie działa w próżni. Wpływa na poziom glukozy, gospodarkę lipidową, ciśnienie tętnicze, a także funkcjonowanie układu odpornościowego. To dlatego wyniki badań mogą być tak wrażliwe na to, co dzieje się w naszej głowie.

Wynik to nie diagnoza

Jednym z najważniejszych wątków rozmowy jest ryzyko nadinterpretacji badań. W świecie, w którym dostęp do diagnostyki jest coraz łatwiejszy, łatwo zapomnieć, że liczby wymagają kontekstu.

Przewlekły stres potrafi zmieniać wyniki w sposób, który imituje chorobę. Podwyższone markery stanu zapalnego, zaburzony poziom cukru czy nieprawidłowy lipidogram nie zawsze oznaczają rozwijającą się patologię.

– „Przewlekły stres może wskazywać na choroby, których nie ma” – podkreśla specjalista.
A zaraz potem dodaje ostrzeżenie: „Błędny wynik jest gorszy niż brak wyniku”. Bo nieprecyzyjna interpretacja może prowadzić do niepotrzebnych badań, leczenia i – co równie istotne – przewlekłego niepokoju.

Życie w trybie przeciążenia

Jednym z najbardziej podstępnych aspektów przewlekłego stresu jest to, że często go nie rozpoznajemy. Objawy – zmęczenie, rozdrażnienie, problemy ze snem – traktujemy jako naturalny element codzienności.

Tymczasem to sygnały ostrzegawcze.

– „Model trzech foteli nie działa – praca, samochód, dom” – mówi dr n. med. Tomasz Anyszek.

Brak ruchu, brak regeneracji i brak realnego odpoczynku sprawiają, że organizm funkcjonuje w permanentnym napięciu. A to środowisko, w którym wyniki badań prędzej czy później zaczną się zmieniać.

Kiedy warto powtórzyć badania

Nie każdy wynik powinien być interpretowany natychmiast i dosłownie. Okoliczności, w jakich wykonujemy badania, mają ogromne znaczenie.

Jeśli towarzyszy nam silny stres, brak snu czy przeciążenie – warto rozważyć powtórzenie badań w bardziej stabilnym stanie. To nie podważanie diagnostyki, lecz jej uzupełnienie.

Wynik badania to nie fotografia w próżni. To zapis konkretnego momentu – również emocjonalnego.

Najprostsze rzeczy, które działają

Na koniec zostaje to, co najtrudniejsze: konsekwencja w prostych działaniach: regularne badania, sen, ruch, odpoczynek, uważność. Bez spektakularnych rozwiązań i skrótów. Za to z rosnącą świadomością, że ciało mówi do nas nie tylko wtedy, gdy choruje – ale także wtedy, gdy jest przeciążone.

Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.

„Utrata włosów świadczy o naszej historii sprzed kilku miesięcy”. Dr Claudia Musiał o tym, że skóra głowy starzeje się szybciej niż twarz | „Jak zdrowie”, odc. 1404 mai 202601:03:59

- Moja pierwsza konsultacja trychologiczna trwa dwie godziny - mówi dr n. med. Claudia Musiał w podcaście „Jak zdrowie” Anny Augustyn-Protas i przekonuje, że jest swego rodzaju detektywem, gdy analizuje, co przyczyniło się u pacjenta do łysienia albo spadku jakości włosów. To opowieść o stresie, nawykach, błędach pielęgnacyjnych i o tym, że skóra głowy starzeje się szybciej, niż chcemy przyznać. Sponsorem odcinka podcastu jest marka Carein, producent celowanych dermosuplementów wspierających kondycję skóry i włosów.

Lśniące, gęste, „zdrowe” włosy to dziś nie tylko kwestia estetyki, ale sygnał, który wysyła nasze ciało. W najnowszym odcinku podcastu „Jak zdrowie” Anna Augustyn-Protas rozmawia z trycholożką i kosmetolożką, dr n.med. Claudią Musiał o tym, co kryje się za wypadaniem włosów – i dlaczego odpowiedź rzadko znajduje się w kosmetyczce.

Włosy jako papierek lakmusowy organizmu

Zaczyna się niewinnie: trochę więcej włosów na szczotce, cieńszy kucyk, mniej objętości. Bagatelizujemy. A tymczasem – jak podkreśla dr Claudia Musiał – „utrata włosów teraz świadczy o naszej historii sprzed kilku miesięcy”. Organizm działa z opóźnieniem, zapisując stresy, niedobory i przeciążenia w cebulkach włosów.

Nieprzypadkowo jednym z głównych winowajców jest stres. „Im wyższy poziom kortyzolu, tym więcej włosów tracimy” – słyszymy w rozmowie. W praktyce oznacza to, że intensywny okres w pracy, przewlekłe napięcie czy brak regeneracji mogą odbić się na fryzurze dopiero po czasie, kiedy już dawno zapomnieliśmy o źródle problemu.

Trycholog jak detektyw

W tej układance nie ma prostych odpowiedzi. Dlatego – jak mówi ekspertka – „trycholog musi być detektywem”. Analiza włosów to często dochodzenie: dieta, hormony, suplementacja, styl życia, a nawet jakość snu.

Nie bez powodu „moja pierwsza konsultacja trychologiczna trwa dwie godziny”. To nie jest szybka diagnoza ani gotowy schemat. Każdy przypadek wymaga rozłożenia na czynniki pierwsze. Jedna z historii przywołanych w podcaście brzmi jak przestroga: „Miałam pacjentkę z masywną utratą włosów, okazało się, że miała zagrażający zdrowiu poziom witaminy D, bo przyjmowała krople bez konsultacji z lekarzem”. Paradoks współczesności – nadmiar troski o zdrowie może mu zaszkodzić.

Największe błędy pielęgnacyjne

Rynek beauty podpowiada nam jedno: kupuj więcej. Tymczasem prawda jest mniej efektowna. „Jaką pielęgnacją szkodzimy sobie najbardziej? Szampon dobieramy do skóry głowy, a nie do łodygi włosa” – przypomina dr Musiał.

To fundamentalna zmiana myślenia. Skóra głowy jest żywa, reaguje, starzeje się – „sześć razy szybciej niż twarz i ciało”. A jednak traktujemy ją po macoszemu, skupiając się na długości włosów.

Błędy? Spanie z mokrymi włosami, zbyt rzadkie lub zbyt częste mycie, brak obserwacji reakcji skóry, agresywne zabiegi stylizacyjne. Pielęgnacja, która miała pomagać, często pogłębia problem.

Wypadanie włosów rzadko zaczyna się w łazience. Częściej – w kuchni. I to nie tylko kwestia cukru, choć jego nadmiar ma znaczenie. „Na pewno energetyki sprzyjają łysieniu androgenowemu – są na to badania” – ostrzega ekspertka.

Zaskakujące mogą być też inne nawyki. „Jeśli pijemy 2–3 matche dziennie, to może się to przyczynić do wypadania włosów”. Nawet to, co uznajemy za zdrowe, w nadmiarze potrafi rozregulować organizm.

Ukryte powody utraty włosów

Lista przyczyn jest długa i często nieoczywista. „Jakie są ukryte powody utraty włosów?” – to pytanie powraca w rozmowie wielokrotnie. Niedobory mikroelementów, problemy hormonalne, choroby autoimmunologiczne, ale też… przesadna suplementacja, niewłaściwa pielęgnacja czy chroniczny brak snu.

Dlatego diagnoza wymaga czasu, a leczenie – cierpliwości. Włosy nie reagują natychmiast. Potrzebują miesięcy, by odbudować cykl wzrostu.

Sponsorem odcinka podcastu jest marka Carein, producent celowanych dermosuplementów wspierających kondycję skóry i włosów.

„Na nogach mam wytatuowane memy z internetu”. Kuba Rafalski jako psycholog i stand-uper bez taryfy ulgowej | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 1530 avr. 202600:58:02

„Często czuję się samotny. Jednak czucie się samotnym nie jest tym samym, co bycie samotnym” – mówi Kuba Rafalski w rozmowie z Beatą Biały w 15. odcinku podcastu „Mężczyzna jest człowiekiem”. Psycholog, komik i twórca internetowy pokazuje, jak śmiech miesza się z refleksją, a stand-up staje się narzędziem mówienia o sprawach, o których przez lata mężczyźni milczeli. Czy mężczyzna w Polsce ma dziś prawo być kruchy, niepewny, samotny – i czy w ogóle ktoś chce tego słuchać?

W najnowszym odcinku podcastu Zwierciadła Beata Biały zaprasza do rozmowy Kubę Rafalskiego – stand-upera i psychologa, który z równą swobodą operuje żartem, co ciszą. Zapraszamy na spotkanie o granicach humoru, męskiej depresji i o tym, dlaczego śmiech bywa czasem ostatnią formą obrony.

Stand-up to nie terapia

Kuba Rafalski należy do tej generacji komików, którzy nie uciekają w bezpieczne schematy. Jego występy, znane z klubów stand-upowych i internetu, często dotykają tematów trudnych: choroby, samotności, relacji. Popularność zdobył dzięki autentyczności i odwadze – nie tylko scenicznej, ale też osobistej.

Jak sam przyznaje, droga do tego miejsca nie była oczywista. Kuba choruje na rdzeniowy zanik mięśni (SMA), porusza się na wózku, za to aktywnością intelektualną mógłby obdzielić co najmniej kilka osób. Z wykształcenia jest psychologiem, a z zawodu terapeutą i komikiem. „Miałem łatwiej, bo byłem chory od urodzenia i nie znałem innego życia” – rozbraja szczerością i jednocześnie podkreśla, że komedia to nie jest przestrzeń całkowicie wolna od zasad. „To zły pomysł, żeby testować żarty na rodzinie i znajomych” – dodaje. Bo choć scena daje wolność, to relacje prywatne rządzą się innymi prawami.

Gdzie kończy się żart?

Jeden z bardziej popularnych występów Kuby dotyczy wizyty w hospicjum. „Czy są tematy, z których nie wolno żartować?” – pyta Beata Biały. Rafalski podaje swoje kryterium i przywołuje doświadczenie. „Byłem na open mic’u: młody, niedoświadczony komik żartował do kobiety, ofiary napastnika na kampusie na Uniwersytecie Warszawskim, zbyt krótko po tej tragedii, widzowie źle to przyjęli”. Dodaje też: „Na pewno nie żartowałbym z osób, które nie mogą się obronić jak np. Kamil, ofiara przemocy domowej”. To ważne rozróżnienie – nie chodzi o zakazy, ale o świadomość i o to, kto jest celem żartu, czy ma możliwość odpowiedzi.

Czułość i ironia

Choć rozmowa dotyka ciężkich tematów, nie brakuje w niej lekkości. Rafalski z uśmiechem opowiada: „Na nogach mam wytatuowane memy z internetu”. Ten detal mówi o nim więcej niż niejedna analiza – dystans do siebie, zanurzenie w kulturze cyfrowej i potrzeba oswajania rzeczywistości poprzez humor. Taka właśnie ta mieszanka – czułości i ironii – sprawia, że jego głos wybrzmiewa tak wyraźnie. Nie moralizuje, nie poucza, raczej zaprasza do wspólnego namysłu.

Nie ma w tym pozy teatralnej ani potrzeby imponowania. „Nie chcę nikomu nic udowadniać” – deklaruje. Brzmi to niemal jak manifest pokolenia zmęczonego presją sukcesu i nieustannego porównywania się z innymi.

Męskość bez taryfy ulgowej

Napięcie – między ciepłem a wymaganiem – dobrze oddaje doświadczenie wielu mężczyzn wychowanych w Polsce. Bez przyzwolenia na słabość, bez języka do mówienia o emocjach. Nic dziwnego, że dziś coraz częściej mówi się o zjawisku, które Rafalski nazywa wprost: „ile mamy teraz tzw. męskiej depresji”. Nie jest to tylko diagnoza społeczna, ale także osobiste wyznanie. „Często czuję się samotny. Jednak czucie się samotnym nie jest tym samym, co bycie samotnym” – podkreśla i zawiera całą ambiwalencję współczesnej męskości: obecność ludzi wokół i jednoczesne poczucie izolacji.

Rozmowa z Kubą Rafalskim stawia ważne pytanie: czy jesteśmy gotowi uznać, że mężczyzna – tak jak każdy – ma prawo do słabości, wątpliwości i emocji, które nie mieszczą się w stereotypie?

 

„Przyjaźń jest stanem ducha”. Jak podtrzymywać dobre znajomości? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 130 avr. 202600:50:23

Nie ma rocznic, wielkich deklaracji ani spektakularnych rozstań. A jednak to ona najczęściej zostaje, gdy wszystko inne się kończy. W pierwszym odcinku specjalnego cyklu „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” Joanna Olekszyk i słynna psycholożka rozkładają przyjaźń na czynniki pierwsze – bez lukru, ale z czułością. Bo może właśnie tu kryje się najdojrzalsza forma miłości. Miłość to coś więcej niż romantyczne uczucie. To też działanie. Marka Pandora zachęca, by dostrzegać miłość w codzienności. Aby się nią otaczać, by ją wyrażać – nie tylko słowami, ale również czynami. By dawać miłość innym, ale również ją przyjmować. By się nią inspirować i nią żyć. Biżuteria Pandora staje się symbolem tych emocji i gestów. Sponsorem odcinka jest Pandora.

Przyjaźń – miłość, która nie męczy

Miłość romantyczna potrafi być jak rollercoaster – porywa, uzależnia, ale też wyczerpuje. Przyjaźń działa inaczej. Ciszej. Stabilniej. „Przyjaźń w przeciwieństwie do miłości nie spędza nam snu z powiek” – mówi Kasia Miller i trudno o trafniejszą definicję.

To relacja, która nie potrzebuje ciągłego potwierdzania. Nie wymaga spektakularnych gestów ani dowodów oddania. Nie opiera się na napięciu, tylko na obecności. Może dlatego tak często ją niedoceniamy – bo nie krzyczy o uwagę.

A przecież to właśnie ona daje coś fundamentalnego: „Przyjaźń jest bazą poczucia, że jestem wśród ludzi”.

Bez daty początku, bez scenariusza końca

„W przyjaźni nie celebrujemy rocznic, nie dajemy prezentów?” – zastanawia się Joanna Olekszyk. I rzeczywiście: rzadko pamiętamy moment, w którym wszystko się zaczęło. „Nie pamiętamy, kiedy przyjaźń się zaczęła” – dodaje.

To relacja, która nie potrzebuje punktów granicznych. Nie ma jasno określonego „statusu”, nie wymaga nazwania. Jest trochę poza systemem – i może właśnie dlatego tak dobrze znosi próbę czasu.

„Wybrać kogoś” – sedno relacji

„Przyjaźń to wybrać kogoś, bo przy miłości niby też, ale ona nas czasem dopada” – zauważa Miller. Bo miłość romantyczna często przychodzi niespodziewanie, bywa impulsem, chemią, przypadkiem. Przyjaźń jest bardziej świadoma. To decyzja: chcę mieć cię w swoim życiu.

Może dlatego bywa trwalsza. Bo nie opiera się na emocjonalnym fajerwerku, tylko na powtarzalnym wyborze.

Relacja, w której można być sobą

Jedna z najważniejszych cech przyjaźni? Bezwarunkowa akceptacja.
„Przyjaźń to przyzwolenie na to, że jest się taką, jaką się jest. To rodzaj związku” – mówi Miller.

Bez presji bycia atrakcyjną, interesującą, „najlepszą wersją siebie”.
„W związkach staramy się być atrakcyjnymi, a w przyjaźni nie: jestem, jaka jestem, bo za to jestem kochana”.

Przyjaźń to przestrzeń, w której można zdjąć maskę – i nie bać się, że ktoś odejdzie.

Przyjaźń jako fundament miłości

Może warto przestać traktować przyjaźń jak „dodatek” do życia – i zacząć widzieć w niej jego fundament.

„Nie wyobrażam sobie życia bez przyjaźni, a o dziwo, wyobrażam sobie bez miłości. W przyjaźni czujesz się z kimś tak bezpiecznie” – mówi psycholożka. Zresztą te oba typy relacji mogą się przeplatać, bo jak mówi Joanna: „Wiem od ekspertów, że dobrze, gdy miłość zaczyna się od przyjaźni”.

„Jak podtrzymywać dobre znajomości?” – pyta Joanna.

Odpowiedź okazuje się zaskakująco prosta i trudna zarazem.

Miłość w wielu odsłonach – także w kampanii BE LOVE

W czasach, gdy relacje coraz częściej sprowadzamy do szybkich interakcji i powierzchownych kontaktów, warto przypominać, że miłość ma więcej niż jedną twarz. I nie zawsze jest romantyczna.

To właśnie pokazuje kampania Pandora BE LOVE – celebrująca różne odcienie miłości: przyjacielskiej, rodzinnej, tej do samego siebie. Bez patosu, za to z autentycznością.

Bo być może najważniejsze relacje w naszym życiu to nie te najbardziej spektakularne, ale te najbardziej prawdziwe.

Odkryj kolekcje, które pozwalają wyrażać miłość każdego dnia na www.pandora.net BE LOVE.

Sponsorem odcinka jest Pandora.

„Trądzik różowaty zaczyna się niewinnie”. Dr Michał Rachalewski o czterech rodzajach tej choroby, która wcale nie dotyczy tylko skóry | „Ukryte piękno”, odc. 2429 avr. 202600:59:36

Trądzik różowaty to choroba mocno niedoszacowana w społeczeństwie, a w równym stopniu dotyczy kobiet i mężczyzn - mówi dr n. biol. Michał Rachalewski w podcaście „Jak zdrowie”. Zaczyna się niewinnie – lekkie pieczenie po kawie, zaczerwienienie, które „zaraz zejdzie”, uczucie suchości mimo dobrej pielęgnacji. Dlaczego trądzik różowaty to coś więcej niż problem estetyczny – i jak przestać go ignorować? Sponsorem odcinka jest Pharmaceris.

Choroba, której nie widać (na początku)

Trądzik różowaty nie zaczyna się spektakularnie. To raczej seria drobnych, niepokojących zmian. „Pierwsze objawy to uczucie pieczenia, suchości. Skóra zaczyna być tkliwa na bodźce, na które do tej pory tak nie reagowała – jak kawa” – wyjaśnia dr n. biol. Michał Rachalewski.

Największym problemem trądziku różowatego jest to, że łatwo go nie rozpoznać. Albo – co gorsza – pomylić z „wrażliwą cerą”.

Tymczasem skala zjawiska jest duża. „Po 30. roku życia co dziesiąta Polka ma trądzik różowaty” – podaje ekspert. I choć stereotypowo kojarzy się on głównie z kobietami, „w równym stopniu dotyczy kobiet i mężczyzn” – podkreśla dr Rachalewski.

Dlaczego tak często pozostaje niezdiagnozowany? Jak zaznacza ekspert: „to nie jest choroba stricte skórna, jest tu zaangażowany układ nerwowy”. To oznacza, że reaguje na stres, emocje, styl życia. Skóra staje się ekranem, na którym wyświetla się to, co dzieje się głębiej.

Cztery twarze jednego problemu

Trądzik różowaty nie jest jednorodny. Istnieją cztery jego główne postaci – od rumieniowej, przez grudkowo-krostkową, aż po bardziej zaawansowane formy związane z przerostem tkanek czy zmianami ocznymi.

Ta różnorodność sprawia, że jeszcze trudniej go jednoznacznie rozpoznać.

Pielęgnacja zaczyna się od podstaw

Delikatne, dobrze dobrane dermokosmetyki – takie jak rozwiązania oferowane przez markę Pharmaceris – mogą tu odegrać kluczową rolę. Nie chodzi o ilość produktów, ale o ich jakość i dopasowanie do potrzeb skóry reaktywnej.

Zresztą przypadku trądziku różowatego dermokosmetyki nie są dodatkiem – są częścią terapii. I choć na półce widzimy gotowy produkt, jego skuteczność rozgrywa się na poziomie konkretnych substancji aktywnych.

W formułach przeznaczonych do skóry z rumieniem kluczową rolę odgrywa azeloglicyna – połączenie kwasu azelainowego i glicyny. Działa jednocześnie przeciwzapalnie, reguluje wydzielanie sebum i łagodzi zmiany grudkowo-krostkowe, bez ryzyka podrażnienia skóry wrażliwej . To jeden z tych składników, które „uspokajają” skórę, zamiast ją dyscyplinować.

Drugą ważną grupą są substancje wpływające na reaktywność naczyń i stres skóry. Tu pojawia się Agascalm™ – kompleks roślinny, który zmniejsza rozszerzenie naczyń krwionośnych i neutralizuje wpływ stresu na skórę, ograniczając zaczerwienienia i stan zapalny. To ciekawy punkt styku pielęgnacji i neurobiologii, o którym mówił dr Rachalewski – bo skóra reaguje nie tylko na kosmetyk, ale i na napięcie.

Kolejna warstwa to składniki wzmacniające i regenerujące. Ekstrakt z wąkroty azjatyckiej (Centella asiatica) wspiera mikrokrążenie i regenerację, zmniejszając widoczność naczynek i przyspieszając gojenie . Z kolei woda oczarowa działa ściągająco i poprawia kondycję skóry, delikatnie wyrównując jej koloryt .

Nie można też pominąć składników „cichych bohaterów”: pantenolu, alantoiny czy lipidów roślinnych – które odbudowują barierę naskórkową i zmniejszają uczucie pieczenia. To szczególnie ważne w kontekście zdania, które padło w podcaście: zaburzenie integralności naskórka to „otwieranie wrót dla patogenów i czynników drażniących”.

W bardziej zaawansowanych formułach pojawiają się także peptydy (np. tetrapeptydy), antyoksydanty (jak witamina C czy E) oraz ekstrakty roślinne o działaniu detoksykującym i wzmacniającym odporność skóry na stres . Ich zadaniem nie jest szybki efekt „wow”, ale długofalowe wyciszenie reaktywności.

Całość układa się w spójną strategię: nie walczyć ze skórą, tylko przywracać jej równowagę.

Sponsorem odcinka jest Pharmaceris.

„Wszystko ci poświęciłam, a ty mnie zostawiłeś z niczym”. Czemu myli nam się bycie niezbędną z byciem pragnioną? | „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, odc. 424 avr. 202601:03:36

- W parach, które mają zadatki na toksyczne tych dwoje jest dla siebie całym światem - mówi psycholog, Paweł Droździak.

Zazdrość o karierę partnera, rezygnacja z własnych ambicji, życie „pod cudzy sukces” – to nie scenariusz melodramatu, tylko codzienność wielu związków. W 4. odcinku podcastu „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem” Agnieszka Radomska rozkłada na czynniki pierwsze napięcia, które pojawiają się tam, gdzie miłość splata się z ambicją. I zadają niewygodne pytanie: czy naprawdę umiemy być razem, gdy jedno z nas zaczyna świecić jaśniej?

W teorii wszystko brzmi prosto: „sukces partnera powinien motywować” – mówi Paweł Droździak. W praktyce jednak sukces drugiej osoby często działa jak lustro. Pokazuje nasze niespełnione ambicje, odkładane marzenia, decyzje, których nie podjęliśmy.

Sukces partnera: inspiracja czy zagrożenie?
To właśnie wtedy w relacji pojawia się cichy sabotaż. Niby kibicujemy, ale gdzieś pod spodem rośnie napięcie. Bo jeśli on lub ona idzie do przodu, to co to mówi o mnie?

Droździak nie zostawia złudzeń: „obie osoby coś zyskują i coś tracą”. Związek nie jest systemem o zerowej sumie, ale wymaga ciągłych negocjacji. Jedno rozwija karierę – drugie częściej przejmuje logistykę życia. Jedno ryzykuje – drugie stabilizuje. Problem zaczyna się wtedy, gdy ten układ przestaje być świadomy.

Cena rezygnacji z siebie
Najbardziej dramatyczne zdanie w związkach rzadko pada na początku, zwykle pojawia się po latach: „Wszystko ci poświęciłam, a ty mnie zostawiłeś z niczym”. To zdanie jest jak rachunek, który ktoś wystawia po latach inwestowania w cudze życie, najczęściej są to kobiety. Ponad połowa z nas jest wypalona zarządzaniem codziennością i rozważa skrócenie czasu pracy (badania Instytutu Gallupa, 2022). To nie tylko statystyka – to sygnał, że wiele kobiet funkcjonuje w trybie ciągłego „dawania”.

Droździak ostrzega: „można całego siebie dać, ale wcale nie dostać zwrotu”. Bo miłość to nie lokata kapitału. Nie działa według zasad: im więcej włożysz, tym więcej odzyskasz.

Być niezbędną czy pragnioną?
W wielu związkach budujemy swoją wartość na tym, że jesteśmy potrzebni. Ogarniający, wspierający, niezastąpieni. Tyle że „niezbędność” często rodzi zależność, a nie bliskość. - Czym innym jest bycie niezbędną, a czymś innym jest bycie pragnioną. My to czasem mylimy” - mówi ekspert.

Z czasem pojawia się niebezpieczne przesunięcie: zamiast być wybieranym – stajemy się funkcją. A funkcje się wykorzystuje, nie kocha.

Zazdrość: emocja wstydliwa, ale ludzka

Co jeśli w parze pojawia się zazdrość o sukcesy partnera? To pytanie, które rzadko pada głośno, bo zazdrość nie pasuje do obrazu „dojrzałej relacji”. A jednak istnieje. I bywa niszcząca.

Droździak mówi wprost: „w parach, które mają zadatki na toksyczne, to tych dwoje jest dla siebie całym światem”. Brzmi romantycznie? Tylko pozornie. Bo kiedy cały sens życia zamykamy w jednej osobie, każdy jej sukces lub porażka urasta do rangi osobistego dramatu. W takich układach łatwo o komunikaty typu: „beze mnie jesteś nikim”. To już nie miłość – to walka o władzę.

Ego z żelaza

Czy da się uniknąć tych napięć? Paweł Droździak sugeruje, że potrzebujemy czegoś więcej niż dobrej woli: „muszą mieć ego z żelaza”.

Nie chodzi o egoizm, ale o stabilne poczucie własnej wartości. Takie, które nie rozpada się, gdy partner odnosi sukces i o codzienną, małą pracę: „każdego dnia nie zrobię jakiejś małej rzeczy”. To zdanie można czytać przewrotnie – jako przypomnienie, że relacja nie utrzyma się sama. Że zaniedbania kumulują się szybciej niż wysiłek.

Casting na partnera

Na koniec Droździak rzuca zdanie, które może brzmieć bezlitośnie: „warto robić casting na partnera”. Nie chodzi o selekcję jak w reality show, ale o świadomość wyboru. O zadanie sobie pytań: czy ta osoba uniesie mój rozwój? Czy ja uniosę jej sukces? Czy potrafimy być razem bez rezygnowania z siebie?


„Nie polecam być grzeczną dziewczynką”. Czy intuicja to głos wewnętrznego dziecka? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6” odc. 124 avr. 202600:49:41

„Jak się boimy bać, to dopiero jest problem” – mówi Katarzyna Miller w premierowym odcinku cyklu „Przerwa na kawę”. Kultowy podcast Zwierciadła wraca - po raz pierwszy w wersji wideo – i od razu wchodzi na poziom, którego nie da się zignorować. Joanna Olekszyk i Katarzyna Miller biorą na warsztat wewnętrzne dziecko: to, które czujemy, tłumimy, zawstydzamy.  To odcinek o emocjach, które nauczyliśmy się kontrolować aż do granic odcięcia, o radości, którą ktoś kiedyś zawstydził i o dziecku w nas, które wciąż próbuje się przebić.

Pierwszy odcinek 6. sezonu zaczyna się od tematu fundamentalnego: wewnętrznego dziecka. Bo – jak się okazuje – to ono często prowadzi całe nasze dorosłe życie.

Intuicja ma głos dziecka

„Intuicja to też jest wewnętrzne dziecko, to jest energia evian vital” – mówi Katarzyna Miller, bo to, co często próbujemy zagłuszyć racjonalnością, kontrolą i „dorosłością”, bywa najczystszym kompasem. Dziecko w nas nie kalkuluje – reaguje, bo czuje i wie.

Problem zaczyna się wtedy, gdy uczymy się tego nie słuchać. Gdy ktoś kiedyś powiedział, że przesadzamy, że „tak nie wypada”, że trzeba się ogarnąć. A przecież – jak przypomina Miller – „różni ludzie różnie reagują na różne sytuacje”. Brzmi prosto i niesie ulgę: nie ma jednego właściwego sposobu przeżywania świata.

Strach przed strachem

W rozmowie wraca temat emocji, które próbujemy kontrolować – albo wręcz eliminować. „Jak się boimy bać, to dopiero jest problem” – pada. Nie chodzi o to, żeby się nie bać, ale o to, żeby pozwolić sobie na strach bez dodatkowej warstwy wstydu. Dziecko w nas boi się naturalnie. Dorosły często dokłada do tego ocenę. Dlatego tak ważny jest moment, w którym – jak mówi Miller – „zaakceptowałam wszystkie swoje uczucia”. Nie tylko te wygodne. Wszystkie.

„Nie polecam być grzeczną dziewczynką”

Paradoks? Wcale nie złość czy smutek są dziś najtrudniejsze, najtrudniejsza bywa radość. „Trudniej w sobie wyzwolić radosne dziecko. Dlaczego? Bo ono dostawało w łeb nieustannie: co się tak głupio cieszysz?”- mówi psycholożka. Wielu z nas pamięta, kiedy nasza spontaniczna radość została zawstydzona, wyśmiana, skorygowana. Dlatego dziś śmiejemy się ciszej. Cieszymy się ostrożniej. A czasem – wcale. Wątek wychowania wraca w rozmowie jak refren. „Nie polecam być grzeczną dziewczynką” – mówi Miller, bo „grzeczność” często oznaczała rezygnację z siebie: z własnych potrzeb, granic, emocji. Bycie „łatwą” dla innych.

A przecież dorosłość zaczyna się tam, gdzie kończy się ciągłe dopasowywanie. „Dla tych, co mnie nie chcą, to ja się przerabiać nie będę” – zdanie psycholożki brzmi jak deklaracja wolności.

To, co nas drażni, mówi o nas najwięcej

Jedna z obserwacji odcinka dotyczy relacji z dziećmi – ale tak naprawdę mówi o dorosłych. „W dzieciach drażni nas to, czego nam w dzieciństwie nie było wolno”. Ich hałas, emocjonalność, spontaniczność. Nie dzieci są „za bardzo”, tylko my kiedyś musieliśmy być „za mało” i może właśnie dlatego tak trudno nam dziś pozwolić sobie na luz i czułość do siebie.

„Jak być dla siebie dobrą mamą Muminka?”. Metafora nie jest przypadkowa, chodzi o opiekę i bezwarunkowość, której często nie dostaliśmy w wystarczającej ilości. Katarzyna Miller mówi wprost: „Żyję głównie dla dziecka”. Nie tego biologicznego – ale tego wewnętrznego. To ono potrzebuje dziś naszej uwagi, naszej łagodności i zgody na bycie nieidealnym.

Nowy sezon „Przerwy na kawę” zaczyna się od tematu, który trudno „odhaczyć” i iść dalej. To raczej zaproszenie do procesu, bo spotkanie z własnym wewnętrznym dzieckiem nie jest jednorazowe, to relacja, którą buduje się codziennie.

 

„Trzeba mieć dobry nastrój, żeby rozdawać uśmiechy”. Magdalena Różczka o tym, żeby pomagać trzeba mieć spokój w sobie | „Ukryte piękno”, odc. 2222 avr. 202600:48:16

Osoby, które pomagają, muszą mieć spokój w sobie. Muszę mieć balans. To bardzo ważne, żeby dbać o siebie i to mogą być małe rzeczy - mówi Magdalena Różczka w 22. odcinku podcastu „Ukryte piękno” Anny Augustyn-Protas. - To tak, jak z tą zakładaniem maski w samolocie: najpierw sobie, a potem dziecku – dodaje Anna Wiśniewska, prezeska zarządu VeloLeasing. Rozmowa pokazuje, że pomaganie w Polsce przeszło cichą transformację. Z odruchu serca stało się działaniem, które wymaga strategii, odporności i… zdrowego egoizmu. Sponsorem odcinka podcastu jest VeloBank.

Pomaganie nie zniknęło, zmieniło tylko formę. Dziś, w świecie nadmiaru bodźców i nieustannego pośpiechu, dobro nie krzyczy – działa ciszej, uważniej, bliżej człowieka. W podcaście „Ukryte piękno” Anna Augustyn-Protas rozmawia z Magdaleną Różczką i Anną Wiśniewską z VeloLeasingu o tym, jak dziś wygląda pomaganie – i dlaczego, mimo wszystko, wciąż ma sens.

Czy nadal chce nam się pomagać?

Jak Polacy podchodzą do akcji charytatywnych? Nie przestaliśmy być wrażliwi, ale na pewno jesteśmy zmęczeni. Codziennie widzimy dziesiątki próśb o wsparcie. Historie, które poruszają – i takie, które zaczynają się zlewać w jedną. W tym szumie łatwo się wycofać albo pomagać tylko na chwilę. Jednak dobro nie znika, tylko zmienia tempo. Może jest mniej spektakularne, za to bardziej świadome.

„Dobro wraca. Traktuj innych tak, jak chciałabyś być traktowana” – mówi Anna Wiśniewska, prezeska zarządu VeloLeasing i choć zdanie to brzmi jak coś, co znamy od dawna, dziś nabiera nowego znaczenia – jako przypomnienie, że pomaganie nie musi być wielkim gestem. Może być codzienną postawą.

Ciche historie, które zostają na zawsze

Są opowieści, które trudno unieść – i takie, których nie da się zapomnieć.

„1 na 100 dzieci jest w pieczy zastępczej. Już dawno określenie: dzieci niczyje nie funkcjonuje, to są nasze dzieci, nasza przyszłość” – przypomina Magdalena Różczka, aktorka i założycielka fundacji „Ukochani”, której celem jest pomoc w znalezieniu rodzin zastępczych dla potrzebujących dzieci.

Za zdaniem Magdy kryje się coś więcej niż statystyka, bo to zmiana myślenia: od dystansu – do odpowiedzialności.

Pomagać mądrze, czyli jak?

Czy pomaganie można „zorganizować”? Odpowiedź nie jest prosta. Chodzi raczej o uważność oraz o to, żeby pomoc była realna, dopasowana, długofalowa.

Coraz częściej włączają się w to także firmy – nie po to, by „zarządzać dobrem”, ale by dać mu przestrzeń i narzędzia do działania. W VeloBank rozwija się wolontariat pracowniczy: ludzie angażują się w konkretne działania, pomagają szukać rodzin zastępczych, wspierają fundacje. To inny rodzaj pomagania, bardziej cichy, ale przez to często skuteczniejszy.

Czy pomaganie czegoś od nas chce?

Czy powinniśmy oczekiwać „dziękuję”? Pytanie Anny Augustyn-Protas dla wielu z nas brzmi znajomo. Bo pomaganie nie zawsze przynosi natychmiastową satysfakcję. Czasem jest niewidoczne. Czasem niedocenione. Jak zgodnie przyznają gościnie: lepiej nie oczekiwać wdzięczności, tylko... zadbać o siebie. Bo jak mówi Różczka – „trzeba mieć dobry nastrój, żeby rozdawać uśmiechy”.

Może więc pomaganie nie jest o tym, co dostajemy w zamian. Tylko o tym, kim się stajemy po drodze.

Pomaganie zaczyna się od siebie

Nie ma pomagania bez równowagi - niby oczywiste, ale dla wielu trudne do wcielenia w życie. „Osoby, które pomagają, muszą mieć spokój w sobie. Żeby pomagać potrzeba balansu. To bardzo ważne, żeby dbać o siebie. To mogą być małe rzeczy” – mówi Magdalena Różczka.

Brzmi prosto, ale w praktyce bywa rewolucyjne. Bo przez lata przyzwyczailiśmy się myśleć, że pomaganie oznacza dawanie siebie „ponad miarę”. Tymczasem – jak zauważa Anna Wiśniewska – to działa inaczej: „to tak, jak z zakładaniem maski w samolocie: najpierw sobie, a potem dziecku”.

To nie egoizm, ale warunek, żeby w ogóle mieć co dawać.

Bo może właśnie dziś – bardziej niż kiedykolwiek – pomaganie nie polega na ratowaniu świata, tylko na byciu dla siebie nawzajem.

Sponsorem odcinka podcastu jest VeloBank.

„Każdy z nas myśli, że jest dobrym kierowcą i dobrym kochankiem”. Dlaczego tak łatwo tracimy cierpliwość za kierownicą i jak to zmienić? I Wszystkimi zmysłami22 avr. 202600:56:42

Wydaje nam się, że prowadzimy samochód. Tymczasem bardzo często to nasze emocje, napięcia i nawyki prowadzą nas. W podcaście „Wszystkimi zmysłami” Monika Sobień-Górska rozmawia z instruktorami techniki jazdy – Maciejem Bocheńskim i Adamem Bernardem – o tym, co naprawdę decyduje o bezpieczeństwie na drodze. I dlaczego zanim przekręcimy kluczyk, powinniśmy zajrzeć… w siebie. Sponsorem podcastu jest Tor Modlin.

Kierowca to nie tylko technika

Prowadzenie auta to niewyłącznie zestaw umiejętności technicznych, a przede wszystkim stan, w jakim wsiadamy za kierownicę. „Kierujemy samochodem tak, jacy sami jesteśmy” – podkreśla Adam Bernard, dyrektor ds. szkoleń - instruktor techniki jazdy w Tor Modlin. Jeśli jesteśmy rozproszeni, zmęczeni albo sfrustrowani – nasza jazda będzie dokładnie taka sama.

Podobnie, jeśli jesteśmy przekonani o tym, że nasza technika jest nienaganna. Zbytnia pewność swoich umiejętności na drodze też może być zgubna, o czym dalej. A jak pokazują badania w Polsce pokazują, że aż dziewięciu na dziesięciu kierowców w Polsce uważa się za dobrych. Jednak kiedy oceniamy innych, liczba ta spada do pięciu na dziesięciu.

„Są dwa stereotypy: każdy z nas jest dobrym kierowcą i dobrym kochankiem” – komentuje z uśmiechem Maciej Bocheński, dyrektor ds. sportu i eventów - instruktor techniki jazdy.

Stres, pośpiech i cienka granica między kontrolą a chaosem

Codzienność za kierownicą to presja czasu, korki, bodźce. I emocje, które często wymykają się spod kontroli. „Dlaczego tak łatwo tracimy cierpliwość za kierownicą?” – pyta prowadząca, Monika Sobień-Górska. Odpowiedź nie jest prosta, ale doświadczenie instruktorów pokazuje jedno: samochód działa jak wzmacniacz.

To, co w życiu codziennym tłumimy, na drodze potrafi eksplodować.

Zmęczenie – cichy sabotażysta

Niebezpieczeństwo na drodze rzadko wygląda spektakularnie. Częściej jest ciche i niezauważalne. Zmęczenie, rozproszenie, nadmiar myśli. Kierowca, który formalnie „jedzie dobrze”, ale jego uwaga dryfuje.

Telefon, rozmowa, lista rzeczy do zrobienia – wszystko to odbiera nam zasoby poznawcze. I choć wielu kierowców wierzy, że potrafi je podzielić, rzeczywistość bywa bezlitosna.

Między lękiem a nadmierną pewnością siebie

Jedno z kluczowych pytań tej rozmowy brzmi: kto jest bardziej niebezpieczny – kierowca przestraszony czy zbyt pewny siebie?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna, jednak nasi eksperci wskazują na nadmierną pewność siebie, bo prowadzi do brawury oraz ignorowania ryzyka. Lęk, choć potrafi paraliżować i opóźniać reakcje, jest mniej groźny w skutkach, bo taki kierowca zawsze jedzie wolno i ostrożnie. Najbezpieczniejsza oczywiście jest trzecia droga: świadomość. Świadomość swoich ograniczeń, ale też realna ocena sytuacji. To ona odróżnia dobrych kierowców od przeciętnych. Nie chodzi o perfekcję techniczną, ale o zdolność do bycia tu i teraz.

Dobrostan jako element bezpieczeństwa

Najważniejszy wniosek z tej rozmowy wybrzmiewa jasno: bezpieczeństwo na drodze zaczyna się dużo wcześniej niż w momencie uruchomienia silnika. To, jak śpimy, jak odpoczywamy, jak radzimy sobie ze stresem – wszystko to „wsiada” z nami do samochodu. A mimo to rzadko myślimy o dobrostanie jako o elemencie bezpieczeństwa drogowego. Może czas to zmienić. Bo być może najprostsza i najskuteczniejsza rada brzmi: zanim ruszysz – sprawdź nie tylko paliwo i lusterka. Sprawdź siebie.

Warto też pamiętać o tym, że pewność siebie za kierownicą nie zawsze przychodzi wraz z odebraniem prawa jazdy. Umiejętności prowadzenia auta – zwłaszcza w trudnych warunkach czy nieprzewidzianych sytuacjach – warto regularnie rozwijać. Dlatego dobrym krokiem może być skorzystanie z profesjonalnych kursów doszkalających, takich jak te oferowane przez Tor Modlin. To szansa, by pod okiem ekspertów przećwiczyć reakcje w sytuacjach kryzysowych, poprawić technikę jazdy i po prostu poczuć się pewniej na drodze – niezależnie od tego, jak długo mamy już prawo jazdy.

Sponsorem podcastu jest Tor Modlin.


„Pomogło mi to, że jestem uparta”. Aleksandra Żebrowska o tym, że macierzyństwo nie musi oznaczać rezygnacji z siebie | „Kobiety rządzą”, odc. 416 avr. 202600:45:53

- Jak byłam w ciąży ubrania wyglądały jak sprzęty, jakbym była maszyną - mówi Aleksandra Żebrowska w 4. odcinku podcastu „Kobiety rządzą”. Nie zaczęło się od wielkiego biznesplanu, tylko od frustracji i pytania, które dziś zadaje sobie coraz więcej kobiet: dlaczego macierzyństwo ma oznaczać rezygnację z siebie? W nowym podcaście „Kobiety rządzą” Joanna Olekszyk rozmawia z influencerką, przedsiębiorczynią – o drodze do sukcesu i cenie niezależności i o tym, czy w rodzinie da się zachować autonomię.

Aleksandra Żebrowska od lat buduje wokół siebie społeczność kobiet, które nie chcą wpisywać się w ciasne ramy społecznych oczekiwań. Jej działalność – zarówno w mediach społecznościowych, jak i w biznesie – wyrasta z potrzeby zmiany narracji.

– „Zależy mi na tym, żeby kobiety były w centrum” – mówi w rozmowie z Joanną Olekszyk i brzmi to jak manifest. Bo choć przez lata kobiety – szczególnie matki – były w opowieściach społecznych raczej tłem niż bohaterkami, Żebrowska konsekwentnie odwraca tę perspektywę. Jej marka Francis & Henry powstała właśnie z tego impulsu: sprzeciwu wobec uprzedmiotowienia kobiet w ciąży i po porodzie.

„Ubrania wyglądały jak sprzęty”

Punktem zwrotnym była ciąża. Doświadczenie, które dla wielu kobiet staje się momentem redefinicji – także własnego ciała i tożsamości.

– „Jak byłam w ciąży, ubrania wyglądały jak sprzęty, jakbym była maszyną” – wspomina Żebrowska i odsłania coś więcej niż tylko problem estetyczny. To opowieść o uprzedmiotowieniu, o sprowadzaniu kobiety do funkcji. W świecie, który z jednej strony idealizuje macierzyństwo, a z drugiej – odbiera kobietom podmiotowość, Żebrowska postanowiła stworzyć alternatywę.

– „Dlaczego, jak zostałaś mamą, masz chcieć piżamy w słoniki?” – pyta retorycznie gościni.

Francis & Henry to odpowiedź: marka, która przywraca kobietom poczucie stylu, sprawczości i normalności. Bo bycie matką nie wyklucza bycia sobą.

Sukces to nie solo performance
Choć historia Aleksandry Żebrowskiej często bywa opowiadana jako przykład indywidualnego sukcesu, ona sama konsekwentnie podkreśla znaczenie relacji i wsparcia.

– „Będąc mamą udało mi się rozwinąć zawodowo, ale nie da się tego zrobić, jeśli nie ma się wsparcia”. To ważny głos w dyskusji o „self-made woman”. Bo za każdą historią sukcesu stoją konkretne warunki – emocjonalne, logistyczne, społeczne. W przypadku Żebrowskiej ogromną rolę odgrywa partnerstwo w związku. Jej relacja z Michałem Żebrowskim – aktorem, ale też partnerem w codzienności – staje się przykładem tego, jak może wyglądać nowoczesny model rodziny.

Bez przestrzeni na rozwój i bez wzajemnego wsparcia trudno mówić o realnej niezależności.

Upór jako strategia
W opowieści o sukcesie Żebrowskiej nie ma miejsca na przypadek. Jest za to determinacja. – „Pomogło mi to, że byłam uparta”. To upór rozumiany nie jako ślepe trwanie przy swoim, ale jako konsekwencja. Umiejętność działania mimo wątpliwości, zmęczenia, presji. W świecie, który od kobiet wciąż oczekuje kompromisów, upór staje się narzędziem przetrwania – i rozwoju.

Aleksandra Żebrowska nie wpisuje się w stereotyp „grzecznej dziewczyny”. I być może właśnie dlatego jej głos tak dobrze rezonuje z innymi kobietami.

Małe szczęścia, duże znaczenia
W tej historii jest jeszcze jeden ważny wątek – codzienność. Bo choć rozmowa dotyczy sukcesu, biznesu i ambicji, Żebrowska nie traci z oczu tego, co najprostsze. – „Trzeba doceniać małe szczęścia” - mówi i daje kontrapunkt dla kultury nieustannego pędu. W świecie, w którym sukces mierzy się skalą i widocznością, ona przypomina o czymś bardziej podstawowym: o uważności, o równowadze, o tym, że życie to nie tylko kolejne cele do odhaczenia.

Nowa definicja sukcesu

Podcast „Kobiety rządzą” zaczyna się od mocnego akcentu. Historia Aleksandry Żebrowskiej to nie jest klasyczna opowieść o biznesowym triumfie.

I może właśnie dlatego ta rozmowa zostaje z nami na dłużej. Bo pokazuje, że w świecie pełnym sprzecznych oczekiwań wciąż można wybrać własną drogę – nawet jeśli wymaga to uporu.

 

„Już czterolatki mają problemy z lękiem i smutkiem". Jak wspierać dzieci i czym jest „golden time"? | „Dylematy mamy i taty”, odc. 315 avr. 202600:49:29

- Ważne jest, żeby dzieci doświadczały różnych emocji - mówi dr Anna Orylska w podcaście „Dylematy mamy i taty”. A rodzice chcą je chronić, co jest naturalnym odruchem – wygładzić drogę, odsunąć przeszkody, oswoić to, co nieznane. Ale czy nadmiar troski nie odbiera dzieciom czegoś kluczowego: odporności psychicznej? W podcaście „Zwierciadła” Alina Gutek rozmawia z psycholożką o tym, czym jest dziecięcy lęk, kiedy staje się sygnałem alarmowym i dlaczego – paradoksalnie – to właśnie trudne emocje budują siłę na przyszłość. Sponsorem odcinka podcastu jest Boiron.

Strach czy lęk? Różnica, która zmienia wszystko

Rozmowa zaczyna się od podstawowego, ale często pomijanego rozróżnienia. „Czym różni się lęk od strachu?” – pyta prowadząca i zastępczyni redaktorki naczelnej „Zwierciadła", Alina Gutek, porządkując pojęcia, które w codziennym języku zlewają się w jedno.Strach jest reakcją na konkretne zagrożenie – pojawia się szybko i znika, gdy sytuacja się kończy. Lęk działa inaczej: bywa rozlany, trudny do uchwycenia, często nie ma jednej przyczyny. I to właśnie on najczęściej towarzyszy dziś dzieciom.Jak podkreśla dr Anna Orylska, skala zjawiska jest większa, niż chcielibyśmy myśleć: „13 proc. dzieci w wieku od 9 do 19 roku życia zmaga się z problemami psychicznymi – jak wynika z raportu Unicef. Ale liczby są niedoszacowane, bo w grupie diagnozowanej jest to już 40 proc., które zmaga się z zaburzeniami lękowymi i depresyjnymi”. To nie są abstrakcyjne dane – to codzienność wielu rodzin.

Dziecko nie mówi „boję się”. Ono to pokazuje

Problem polega na tym, że dzieci rzadko komunikują swoje emocje wprost. Zamiast powiedzieć „boję się”, zaczynają inaczej funkcjonować: gorzej śpią, wycofują się albo reagują złością.Dlatego – jak tłumaczy ekspertka – tak łatwo coś przeoczyć. „Depresja u dzieci objawia się inaczej niż u dorosłych, to często rozdrażnienie, bezsenność i zmieniony apetyt” – mówi dr Orylska, wskazując, że to właśnie te subtelne zmiany powinny zapalać w rodzicach czerwoną lampkę.Jednocześnie dzieci nie uczą się emocji w próżni. Obserwują dorosłych i przejmują ich strategie radzenia sobie. „Dzieci są jak barometry, które szybko uczą się, jak się zachowywać w stresujących sytuacjach od rodziców” – dodaje psycholożka.To oznacza, że nasze reakcje mają większe znaczenie, niż nam się wydaje.

Nadopiekuńczość – czuła pułapka

Wielu rodziców działa z najlepszej intencji: chce uchronić dziecko przed stresem, rozczarowaniem, bólem. Problem w tym, że taka strategia często przynosi odwrotny efekt.Dr Orylska ujmuje to bardzo wprost: „kiedy dziecko chronimy, to wzmacniamy jego lęki”.Jeśli dziecko nie ma okazji zmierzyć się z trudnością, nie uczy się, że potrafi ją pokonać. Zamiast tego buduje przekonanie, że świat jest pełen zagrożeń, a ono samo nie ma zasobów, by sobie z nimi poradzić.

Golden time – moment, którego nie warto przegapić

Psycholożka zwraca też uwagę na tzw. „golden time” – moment, w którym reakcja dorosłego ma szczególne znaczenie. To nie zawsze spektakularny kryzys, częściej subtelna zmiana: wycofanie, napięcie, milczenie.To chwila, kiedy dziecko jeszcze wysyła sygnały – i kiedy można realnie pomóc. Jeśli zostaną zauważone, napięcie może się rozładować. Jeśli nie – może się pogłębiać.Dlatego tak ważna jest uważność, a nie perfekcja.

Rodzic nie musi być idealny. Ma być obecny

Na koniec rozmowa wraca do rodziców – ich lęków, wątpliwości i poczucia odpowiedzialności. Dr Orylska przypomina coś, co wciąż bywa trudne do przyjęcia: „szukanie pomocy nie jest oznaką słabości, a przeciwnie: odwagi i odpowiedzialności”.Nie trzeba mieć wszystkich odpowiedzi ani zawsze reagować idealnie. Wystarczy być obecnym, uważnym i gotowym, by czasem powiedzieć: „nie wiem, ale spróbujmy to razem zrozumieć”. Bo dzieci nie potrzebują świata bez stresu. Potrzebują dorosłych, którzy pokażą im, jak przez ten świat przejść – z emocjami, a nie wbrew nim. 
Sponsorem odcinka podcastu jest Boiron. 

„Panowie, na których jest popyt, nie zakochują się”. Tomasz Szlendak o końcu miłości i „uwiądzie” pożądania | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 1414 avr. 202600:55:09

- Kobiety zakochują się w kim trzeba, to raczej mężczyzna głupio lokują uczucia - mówi prof. Tomasz Szlendak w najnowszym odcinku podcastu „Mężczyzna jest człowiekiek”. eata Biały rozmawia z socjologiem o tym, dlaczego romantyczna wizja miłości traci dziś grunt pod nogami. I dlaczego – paradoksalnie – to kobiety okazują się bardziej pragmatyczne, a mężczyźni… bardziej zagubieni. Czy jeszcze wierzymy w miłość od pierwszego wejrzenia, czy raczej w checklistę cech partnera w notatkach w telefonie?

Jeszcze niedawno miłość była opowieścią o szansie: o spotkaniu, które zmienia wszystko. Dziś coraz częściej przypomina analizę ryzyka. Prof. Tomasz Szlendak nie ma złudzeń: „dziś miłość kojarzy się z zagrożeniem, a kiedyś z szansą. Mężczyźni zaczynają kalkulować, czy opłaca im się być w związku”. Przesunięcie nie jest kosmetyczne – to zmiana kulturowa. Relacje przestają być przestrzenią spontaniczności, a stają się projektem do zarządzania. Wchodzimy w nie z listą oczekiwań, wyobrażeń i warunków brzegowych. „Dzisiaj ludzie mają przygotowaną listę cech partnera do długiego związku” – mówi socjolog.

Co jest na tej liście? Stabilność emocjonalna, zaradność, kompatybilność stylu życia, podobne wartości, ale też… wiele, wiele innych oczekiwań.

Kobiety wiedzą, czego chcą
W tej nowej rzeczywistości to kobiety okazują się bardziej strategiczne. „Są bardziej racjonalne w miłości i zakochują się w kim trzeba” – zauważa Szlendak. Brzmi to prowokacyjnie, ale kryje się tu konkretna obserwacja społeczna. Kobiety częściej podejmują decyzje relacyjne w oparciu o realne szanse powodzenia związku. Mniej miejsca zostawiają przypadkowi, więcej – analizie.

To również efekt zmiany pozycji kobiet. Niezależność ekonomiczna, edukacja, rozwój zawodowy sprawiają, że partner przestaje być koniecznością, a staje się wyborem. A wybory – jak wiadomo – wymagają kryteriów.

Mężczyźni i romantyczna pułapka

Po drugiej stronie tej relacyjnej układanki sytuacja wygląda mniej stabilnie. „To raczej mężczyzna głupio się zakochują” – mówi Szlendak. I idzie dalej: „Zakochują się mężczyźni, na których popytu nie ma, a nie zakochują się ci, na których popyt jest”. Brutalna diagnoza dobrze opisuje napięcie współczesnych relacji. Mężczyźni coraz częściej tracą orientację w nowych regułach gry. „Przestali kobietom imponować” – dodaje socjolog.

Nie chodzi tylko o kryzys męskości, ale o zmianę oczekiwań. Dawne modele – siła, status, dominacja – przestają wystarczać. Nowe – emocjonalność, partnerstwo, uważność – nie zawsze są przyswojone.

Efekt? Dezorientacja. I coraz częściej – wycofanie.

Związek? Dopiero po trzydziestce

Zmienia się też moment, w którym relacje zaczynają być naprawdę ważne. „Relacja z drugą osobą zaczyna być ważna po 30” – zauważa Szlendak. Wcześniej dominuje rozwój indywidualny: edukacja, kariera, samopoznanie. Związek przestaje być punktem wyjścia, a staje się jednym z wielu elementów układanki. Co więcej, redefiniujemy nawet to, czym jest „poważna relacja”. „Dziś poważny związek to powyżej trzy miesiące” – mówi socjolog. To zdanie brzmi jak żart, ale dobrze oddaje tempo współczesnych relacji: szybkie wejścia, szybkie wyjścia, niska tolerancja na trudność.

Uwiąd pożądania

Jednym z najbardziej niepokojących wątków rozmowy jest kwestia spadku libido – nie tylko jednostkowego, ale społecznego. „Mamy uwiąd pożądania spowodowany zanikiem testosteronu” – mówi Szlendak. Ekspert opisuje tu szersze zjawisko: spadek energii seksualnej i relacyjnej. „Ludziom się coraz mniej chce” – dodaje.

Zmęczenie, stres, nadmiar bodźców, cyfrowe rozproszenie – wszystko to sprawia, że relacje wymagają dziś większego wysiłku niż kiedyś. A jednocześnie mamy coraz mniejszą gotowość, by ten wysiłek podjąć.

Miłość jako ryzyko

Najbardziej przejmująca jest jednak zmiana narracji wokół miłości. „Myślimy o związkach w kategorii utraty lub zagrożenia” – mówi Szlendak. Boimy się stracić niezależność, czas, komfort. Boimy się rozczarowania. Boimy się, że inwestycja się nie zwróci.

W efek

„To bliska droga do przemocy ekonomicznej". Dlaczego kobiety oddają władzę nad pieniędzmi partnerom? | „Słowo do słowa”, odc. 1113 avr. 202600:53:59

Pieniądze dają wolność decydowania o sobie, bo jak je mam i coś mi się nie podoba, to mogę wyjść - mówi Dominika Nawrocka w nowym odcinku podcastu „Słowo do słowa”. Rozmowa Joanny Brodzik z influencerką finansową zaczyna się od „fakturek i pieniążków”, a kończy na fundamentalnych pytaniach o pieniądze, menopauzę i kobiecą sprawczość. Sponsorem odcinka jest Promensil Forte – suplement diety dla kobiet, które również w czasie menopauzy chcą żyć w zgodzie ze swoją naturą.

„Fakturki, pieniążki"

„Czy kobiety oddają władzę nad swoimi pieniędzmi swoim partnerom?” – pyta wprost Joanna Brodzik. Odpowiedź Dominiki Nawrockiej jest zaskakująco szczera: „Nie boję się mówić wprost, że robimy to często z lenistwa”.Ale za tym „lenistwem” kryje się coś więcej – brak edukacji i wzorców. „Nie mamy świadomości, jakie mamy prawa w związku w kwestii pieniędzy” – dodaje ekspertka, co brzmi jak diagnoza całego pokolenia kobiet wychowanych w przekonaniu, że finanse to „czyjaś działka”. Widać to wyraźnie też w infantylnym sposobie, jak mówimy o pieniądzach. „Fakturki, pieniążki – walczę z tym” – przyznaje Joanna Brodzik. Efekt? Często oddajemy kontrolę, zanim w ogóle zrozumiemy, co tracimy. 

Cicha twarz przemocy ekonomicznej
Rozmowa nie ucieka od trudnych tematów. „Jeśli nie mamy dostępu do pieniędzy w relacji, to jest bliska droga do przemocy ekonomicznej” – podkreśla Nawrocka.To agresja, której często nie widać. „Są kobiety, które z zewnątrz wiodą piękne, wspaniałe, dostatnie życie, a w środku jest tzw. złota klatka” – mówi ekspertka. „Nie stać ich, żeby nawet fizycznie się wydostać z takiego domu – nie mają na taksówkę czy na bilet na autobus”.

Pieniądze, menopauza i nowe priorytety

W rozmowie pojawia się także temat menopauzy – momentu życiowego przełomu, który często zmusza do redefinicji wszystkiego: od relacji po finanse.„Trzeba mieć jasną listę priorytetów: na pierwszym miejscu jest zdrowie, a na drugim pieniądze” – mówi Nawrocka. Zdrowie traktowane jest wg ekspertki jako inwestycja w siebie, zresztą ta najważniejsza. - Bo najpierw warto zadbać o dobrą formę, samopoczucie, sen, koncentrację. Jak jesteśmy zdrowe, to mamy inne spojrzenie na życie i możemy się zająć punktem nr 2, czyli swoją ochroną finansową - rozwija ekspertka. Ta hierarchia wybrzmiewa szczególnie mocno w kontekście zmian hormonalnych, spadków energii i potrzeby zadbania o siebie na nowo. Bo pytania, które wybrzmiewają w podcaście, są pytaniami wielu kobiet:– Jakie mamy kompetencje finansowe?– Jakie są nasze supermoce?– Ile powinna wynosić poduszka finansowa?Odpowiedzi Dominiki Nawrockiej nie są proste, ale jedno jest pewne: „Nie wmawiać sobie, że jestem na mecie”. Finansowa autonomia to proces, nie punkt docelowy.

Sponsorem odcinka jest Promensil Forte – suplement diety dla kobiet, które również w czasie menopauzy chcą żyć w zgodzie ze swoją naturą.Preparat Promensil Forte w każdej tabletce zawiera 80 mg bioaktywnych izoflawonów z czerwonej koniczyny. Stosując go jesteśmy pewne, co przyjmujemy. Skuteczność i bezpieczeństwo preparatu zostało sprawdzone przez niezależne ośrodki medyczne w 19 badaniach klinicznych, w badaniach uczestniczyło ponad 1 500 kobiet. A specjalnie dla polskich pacjentek produkt poddali ocenie także profesorowie ginekologii i endokrynologii z Polskiego Towarzystwa Menopauzy i Andropauzy. Uznali oni jednomyślnie, że warto rozważyć jego zastosowanie u tych kobiet, których jakość życia uległa istotnemu pogorszeniu z powodu objawów związanych z menopauzą, a które nie mogą lub nie chcą stosować hormonalnej terapii menopauzalnej. Promensil Forte dzięki zawartości wyciągu z czerwonej koniczyny zmniejsza ilość uderzeń gorąca, nocne poty oraz redukuje niepokój i drażliwość.

„Nie pozwalamy sobie na kontakt ze sobą”. Halina Piasecka o emocjonalnym wyczerpaniu26 mars 202600:49:03

- Zauważenie emocji i spojrzenie na nie z boku to pierwszy klucz do sukcesu - mówi psycholożka, Halina Piasecka w 20. odcinku podcastu „Ukryte piękno”. To rozmowa o uczuciach, które spychamy pod powierzchnię – i o cenie, jaką za to płacimy. Bo one nie znikają, tylko zmieniają formę.

Uśmiech zamiast złości. „Wszystko OK” zamiast smutku. W tym odcinku podcastu „Ukryte piękno” Magdalena Kuszewska rozmawia z psycholożką Haliną Piasecką

Emocje, których nie było wolno czuć
„Nie potrafimy nazwać emocji nawet tych podstawowych. Nie nauczono nas tego. Wręcz oczekiwano np. w dzieciństwie, że tych emocji nie będziemy okazywać” – mówi Halina Piasecka. Bo jeśli nie umiemy rozpoznać, co czujemy, to jak mamy o siebie zadbać?

W wielu domach emocje były problemem do rozwiązania, a nie doświadczeniem do przeżycia. Złość była „niegrzeczna”, smutek – „przesadzony”, a lęk – „bez sensu”. W dorosłości płacimy za to wysoką cenę: napięciem, wyczerpaniem, relacjami, które nie wytrzymują ciężaru niewypowiedzianych rzeczy.

Kiedy emocje wracają tylnymi drzwiami

Tłumienie emocji nie działa, tzn. działa, ale tylko na chwilę. Potem wraca w ciele: bezsennością, napięciem, rozdrażnieniem. „Zarządzać emocjami, a je tłumić, to są dwie różne rzeczy” – podkreśla Piasecka.

Właśnie dlatego tak ważne jest rozróżnienie: regulacja nie polega na tym, żeby „się ogarnąć”, tylko żeby zrozumieć, co się z nami dzieje. Bo – jak mówi psycholożka – „każda emocja jest jakąś informacją”. Problem zaczyna się wtedy, gdy ignorujemy te sygnały zbyt długo.

Emocjonalne wyczerpanie: cichy kryzys

Kiedy mówimy o emocjonalnym wyczerpaniu? Wtedy, gdy już nie czujemy nic – albo czujemy wszystko naraz, ale bez kontroli. To moment, w którym organizm przestaje nadążać za napięciem. I choć często kojarzymy go z pracą, równie często zaczyna się w życiu prywatnym – od niepostawionych granic, od przemilczanych potrzeb.

„Przekraczane są granice u osób, które nie wiedzą, gdzie te granice są. Sami nie wiemy, gdzie są nasze granice i jakie są nasze potrzeby” – mówi Piasecka. Dlaczego tak trudno nam być dla siebie wyrozumiałymi? Bo łatwiej jest analizować, poprawiać, oceniać – niż po prostu być ze sobą. „Najważniejsze to mieć ze sobą kontakt. Nie pozwalamy sobie na kontakt ze sobą” – zauważa psycholożka. Taka autoempatia wymaga zatrzymania. A tego dziś boimy się najbardziej. Dlatego jednym z najprostszych – i najtrudniejszych – narzędzi jest uważność na to, co czujemy tu i teraz. „Zauważenie emocji i spojrzenie na nie z boku to klucz do sukcesu”.

„Regulacji emocji uczymy się od rodziców”

Ukrywanie emocji przy dzieciach to temat, który w rozmowie wybrzmiewa szczególnie mocno. Bo dzieci nie uczą się tego, co mówimy – tylko tego, co robimy. - Regulacji emocji uczymy się od rodziców - podkreśla ekspertka. Jeśli dorosły ich nie nazywa, dziecko też nie będzie tego robić. Jeśli dorosły udaje, że „nic się nie stało”, dziecko uczy się, że emocje należy ukrywać. Efekt? Kolejne pokolenie ludzi, którzy czują – ale nie wiedzą co.
Książka Haliny Piaseckiej „Czuję, więc jestem. Jak rozumieć i regulować emocje” (Wydawnictwo Zwierciadło) to nie poradnik z szybkimi rozwiązaniami, lecz zaproszenie do uważnego kontaktu ze sobą. Autorka pokazuje, że emocje nie są przeszkodą, ale podstawowym systemem informacji o naszym życiu – wpływają na decyzje, relacje i sposób radzenia sobie ze stresem.

Piasecka łączy wiedzę psychologiczną i neurobiologiczną z praktyką codzienności. Zamiast gotowych recept proponuje zestaw narzędzi: od technik oddechowych i uważności, przez zmianę perspektywy myślenia, po prowadzenie dziennika emocji czy praktykę wdzięczności.

To książka o tym, że odporność psychiczna nie polega na braku trudnych emocji, ale na zdolności powrotu do równowagi – i na odwadze, by czuć, zamiast udawać, że nic się nie dzieje.

„Niektórzy ludzie kłócą się tylko po to, żeby coś poczuć”. Co naprawdę konflikty mówią o parze? | „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, odc. 320 mars 202601:06:14

- Jak para kłóci się o naczynia, to wcale nie kłóci się o naczynia - mówi psycholog, Paweł Droździak. Sprzeczki w związku to tylko wierzchołek góry lodowej – pod spodem pulsują lęki, potrzeby i historie, które często zaczęły się na długo przed poznaniem partnera. W trzecim odcinku podcastu „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem” Agnieszki Radomskiej rozmawiamy tym, dlaczego się kłócimy, czy istnieje „dobra kłótnia” i co tak naprawdę chcemy sobie powiedzieć, gdy podnosimy głos.

Nie kłócimy się o naczynia. Ani o wiadomości bez odpowiedzi. Ani o to, kto wyniesie śmieci. Konflikty, które wydają się błahe, są tylko pretekstem. Prawdziwe napięcie dotyczy czegoś znacznie głębszego: poczucia bycia nieważnym, opuszczonym, niedocenionym.

W relacjach romantycznych uruchamiają się nasze najwcześniejsze doświadczenia – często nieuświadomione. Dlatego nawet najbardziej „racjonalna” rozmowa może nagle zamienić się w emocjonalną burzę. Bo nie chodzi o to, co się wydarzyło. Chodzi o to, co to wydarzenie w nas uruchomiło.

Kłótnia jako dowód, że się żyje

„Niektórzy ludzie kłócą się tylko po to, żeby coś poczuć. Czy jeśli nie czuję nic intensywnego, to czy ja w ogóle coś czuję. Czasem to przykrywa niepokój: czy ja w ogóle żyję, czy jestem ważny” – zauważa Droździak.

W świecie, w którym często funkcjonujemy na autopilocie, konflikt bywa jedynym momentem intensywnego kontaktu – ze sobą i z drugą osobą. Kłótnia staje się wtedy paradoksalnym dowodem na to, że relacja jeszcze żyje. Nawet jeśli jest bolesna, daje poczucie bycia zauważonym. Bycia w relacji.

Dlaczego rozsądek przegrywa

W teorii wiemy, jak się komunikować. Znamy zasady, czytaliśmy poradniki, słuchaliśmy podcastów. A jednak w praktyce często „odpala się” coś zupełnie innego. „Nasza część refleksyjna w mózgu działa wolniej niż instynktowa” – tłumaczy ekspert. „Nasze odruchy uruchamiają się w milisekundach i chodzi o to, żeby dowiedzieć się, co je wyzwala”.

To dlatego możemy – jak mówi Droździak – „kogoś absolutnie rozjechać, mówiąc jak książka”. Używać poprawnych komunikatów, a jednocześnie ranić. Bo za słowami stoi napięcie, które nie zostało nazwane.

Kłótnie w erze social mediów

Nowym polem konfliktu stają się dziś media społecznościowe. „Bardzo często osoby, które dogadują się na żywo, kłócą się ze sobą w mediach społecznościowych” – zauważa Droździak. Dlaczego? Bo ekran daje pozorne poczucie kontroli i dystansu. Łatwiej napisać coś ostrego, trudniej zobaczyć reakcję drugiej osoby. A jednocześnie publiczność – nawet jeśli wyobrażona – podbija emocje, których wielu potrzebuje. Kłótnia przestaje być intymna. Staje się performansem.

Lęk, który rządzi relacją
„Jeśli mam głęboką obawę, że wszystkie moje relacje są niestabilne i się kończą, to nieistotne, jakich słów użyjemy. Ważne jest to, co jest głębiej w nas” - mówi ekspert podając klucz do zrozumienia wielu związkowych napięć. Bo jeśli w tle działa lęk przed porzuceniem, każda sytuacja może zostać zinterpretowana jako zagrożenie – nawet neutralna.

Wtedy partner nie jest już partnerem. Staje się kimś, kto ma nas „uratować” – albo potwierdzić najgorsze obawy.

„Chcę odszkodowania za dzieciństwo”
Często w relacjach oczekujemy, że partner wypełni braki, których doświadczyliśmy kiedyś. Że naprawi to, co było trudne, bolesne, niesprawiedliwe. Problem w tym, że żadna relacja tego nie udźwignie. „Ja chcę kogoś, kto wypłaci mi odszkodowanie za moje dzieciństwo” - mówi psycholog i podaje od razu skutek takiego podejścia.

Czy istnieje dobra kłótnia?

Dobra kłótnia to nie taka, w której nie ma emocji. To taka, w której emocje prowadzą do zrozumienia, a nie do zniszczenia. W której zamiast „wygranej” pojawia się ciekawość: co się właśnie wydarzyło między nami? To kłótnia, po której wiemy o sobie więcej. Bo miłość to nie tylko bliskość. To także napięcie. I to, co z nim zrobimy, decyduje o tym, czy relacja przetrwa. Kłótnie nie są więc błędem systemu, tylko jego częścią. Pytanie nie brzmi: jak ich uniknąć, tylko zrozumieć.


„Kobiety przechodzą na zbyt restrykcyjne diety”. Sylwia Leszczyńska o menu, które zatrzymuje czas i procesy zapalne | „Ukryte piękno”, odc. 1917 mars 202600:51:44

- Wystarczy nie słodzić i już unikniemy przytycia kilograma rocznie - mówi dietetyczka kliniczna, Sylwia Leszczyńska w rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Ukryte piękno”. To nie jest kolejna „dieta cud”. To konkretne liczby, badania i proste zmiany, które – jak pokazuje praktyka – potrafią odwrócić najbardziej uciążliwe objawy menopauzy. Bo kiedy „12 tygodni stosowania diety roślinnej sprawia, że u 60% kobiet uderzenia gorąca ustępują”, trudno mówić o przypadku. W rozmowie z Sylwią Leszczyńską okazuje się, że menopauza zaczyna się… na talerzu.

Uderzenia gorąca, nagły przyrost masy ciała, spadek energii – menopauza potrafi zaskoczyć nawet najbardziej świadome kobiety. Ale to nie jest moment bezradności. To moment decyzji. Bo odpowiednio dobrana dieta może realnie zmniejszyć objawy i przywrócić poczucie kontroli nad własnym ciałem.

Kiedy metabolizm przyspiesza… w złą stronę
Największy mit? Że przybieranie na wadze to kwestia braku dyscypliny. Tymczasem – jak podkreśla Sylwia Leszczyńska – „menopauza to wydarzenie metaboliczne”. I to takie, które zmienia zasady gry.

Organizm zaczyna funkcjonować inaczej: „w okresie perimenopauzy zaczynamy przybierać kilogram, dwa kilogramy rocznie”, a jednocześnie „rośnie dwu-, trzykrotnie ryzyko zespołu metabolicznego”. Do tego dochodzi spadek masy kostnej – nawet „o 2–3% rocznie”.

To moment, w którym przypadkowe jedzenie przestaje działać. A zaczyna mieć znaczenie każdy wybór.

Kolorowy talerz zamiast restrykcji

Zamiast eliminacji i zakazów pojawia się prostsza zasada: różnorodność. „Im więcej kolorów, tym lepiej zabezpieczamy się przed niedoborami pokarmowymi” – tłumaczy Leszczyńska.

To nie tylko estetyka. „Pokolorowanie talerza działa jak efekt przeciwzapalny”, co bezpośrednio przekłada się na funkcjonowanie organizmu.

Ten sposób myślenia zmienia wszystko: zamiast odejmować – zaczynamy dodawać.

Dieta, która realnie zmniejsza objawy menopauzy

Najbardziej spektakularne są jednak efekty, które widać w badaniach. „12 tygodni stosowania diety roślinnej spowodowało, że u 60% kobiet uderzenia gorąca ustąpiły” – podkreśla ekspertka.

To pokazuje, że dieta nie jest dodatkiem do leczenia. Może być jego fundamentem.

Równie ważne jest wsparcie dla kości. „Łyżka maku dostarcza tyle wapnia, co szklanka jogurtu” – to przykład, jak nieoczywiste produkty mogą realnie wpływać na zdrowie.

Zbyt restrykcyjne diety

Paradoksalnie to nie brak kontroli, ale jej nadmiar bywa problemem. „Kobiety przechodzą na zbyt restrykcyjne diety” – zauważa Leszczyńska.

Efekt? Spowolniony metabolizm, utrata masy mięśniowej i jeszcze większe trudności z utrzymaniem wagi.

Dlatego zamiast zaczynać od ograniczeń, lepiej – jak radzi ekspertka – „zacząć od tego, gdzie jestem teraz”. Sprawdzić skład ciała, zrozumieć potrzeby organizmu i dopiero na tej podstawie wprowadzać zmiany.

Bo celem nie jest tylko mniej kilogramów. Celem jest „zachowanie jak największej masy mięśniowej”, która decyduje o tempie metabolizmu i ogólnej sprawności.

Dieta nordycka: lepsza niż trendy
Nie trzeba sięgać po egzotyczne produkty, by jeść zdrowo. Jak podkreśla Leszczyńska, „dieta nordycka jest odpowiednikiem diety śródziemnomorskiej” – ale lepiej dopasowanym do naszego klimatu i dostępności produktów.

Ryby, kasze, warzywa korzeniowe, jagody – to nie trend, tylko powrót do podstaw, które organizm dobrze zna.

Przewodnik, który porządkuje chaos

„Dieta w menopauzie. Przewodnik dla każdej kobiety” to książka, która odpowiada na najważniejsze pytania pojawiające się w czasie zmian hormonalnych. Sylwia Leszczyńska, bazując na badaniach i praktyce klinicznej, pokazuje, jak dieta wpływa na objawy menopauzy i jak ją dopasować do indywidualnych potrzeb.

Znajdziemy tu nie tylko wyjaśnienie mechanizmów metabolicznych, ale też konkretne wskazówki, jak komponować posiłki i budować nawyki, które wspierają zdrowie. To uporządkowana wiedza w czasie, który dla wielu kobiet bywa pełen sprzecznych informacji.

„Dziewczynce nie wypada? Mnie to obeszło bokiem”. Jak Karolina Kuklińska-Kosowicz zbudowała markę i własny styl przywództwa? | „Kobiety rządzą”, odc. 310 mars 202600:55:39

Nie chciała być „grzeczną dziewczynką”. Nie chciała być niewidzialna. Nie chciała też udawać, że lider musi być chłodny i zdystansowany. W podcaście „Kobiety rządzą” Joanna Olekszyk rozmawia z Karoliną Kuklińską-Kosowicz, prezeską firmy kosmetycznej YOPE, o drodze do przywództwa, które nie polega na dominacji, lecz na uważności, sile relacji i odwadze zmieniania zdania. To rozmowa o siostrzeństwie, o byciu „w środku” i o współczesnej czarownicy, która wie, że rządzenie to nie pozycja — to energia. Sponsorem odcinka podcastu jest producent kosmetyków naturalnych YOPE.

Ta niewidzialna ze środka

„Byłam pośrodku w rodzeństwie, tą niewidzialną” — mówi Karoliną Kuklińską-Kosowicz. Środkowe dziecko. Ani pierwsze, ani najmłodsze. Bez przywileju pioniera i bez czułej taryfy ulgowej. To doświadczenie, jak przyznaje, nauczyło ją jednej rzeczy: żeby być słyszaną, trzeba nauczyć się mówić wyraźnie.

Paradoksalnie jednak to właśnie relacje z rodzeństwem stały się jej największym kapitałem. „Z nikim nie jestem tak w stanie porozmawiać, jak z moim bratem czy siostrą. Z nimi mogę zadzwonić w każdej chwili. Na każdym etapie próbujemy się złapać — to jest bezcenne i czyste”.

W świecie biznesu, gdzie relacje często mają termin ważności, ta bezwarunkowość jest dla niej fundamentem. Liderka, która wie, że może się oprzeć na najbliższych, rządzi inaczej. Bez lęku, bez pozorów, bez udawania.


„Dziewczynce nie wypada”?

„Dziewczynce nie wypada — mnie to obeszło bokiem” — mówi z uśmiechem. To zdanie brzmi jak manifest. Nie było w niej zgody na ciasne ramy. Na to, że ma być cicho, grzecznie i nie wychylać się za bardzo.

Ten bunt nie był jednak krzykiem. Był konsekwencją. Karolina opowiada, że pracowała od rana do wieczora. „Brałam z pracy stylistki garściami”. Chłonęła świat estetyki, wrażliwości, detalu. Uczyła się, że marka to nie tylko produkt — to historia, emocja, rytm.

To doświadczenie kreatywne stało się później jednym z filarów budowania YOPE. Bo w tej firmie design i zapach nie są dodatkiem. Są językiem.

Kuklińska-Kosowicz nie ucieka od mocy. Jednocześnie nie widzi sprzeczności między siłą a czułością. „Potrafię zmieniać zdanie i nie mam z tym problemu” — dodaje. W świecie, który przez lata uczył liderów, że nie wolno się cofać, to deklaracja odwagi.

Zmiana zdania nie jest słabością. Jest dowodem, że się słucha, analizuje, dojrzewa.


Totalnie współczesna czarownica

„Jestem totalnie współczesną czarownicą” — mówi bez ironii. I nie chodzi o kostium ani o modny feminizm z Instagrama. Chodzi o intuicję, sprawczość, o umiejętność łączenia tego, co racjonalne, z tym, co przeczute.

W biznesie kosmetycznym — który z jednej strony jest twardym rynkiem, a z drugiej operuje na emocjach i zmysłach — taka podwójna wrażliwość staje się przewagą. Czarownica nie tylko zarządza. Ona czyta energię zespołu, reaguje na zmiany, wyczuwa moment.


Siła kobiet

„Kocham pracować z kobietami. Dają mi siłę. Są pracowite, lojalne, można na nie liczyć. W YOPE to chyba 80 proc. pracowników”.

To zdanie nie brzmi jak slogan employer brandingowy. To raczej opis środowiska, które buduje. W firmie, gdzie większość zespołu stanowią kobiety, przywództwo przestaje być grą o dominację. Staje się siecią zależności, wzajemnego wsparcia, wspólnej ambicji.

Kuklińska-Kosowicz nie romantyzuje kobiecej pracy. Mówi o konkretach: odpowiedzialności, konsekwencji, lojalności. W świecie, który wciąż mierzy sukces skalą wzrostu i wykresów, ona mówi też o energii, zaufaniu i sile wspólnoty.


Rządzić po swojemu

Odcinek „Kobiet rządzą” z Karoliną Kuklińską-Kosowicz nie jest historią o szybkim sukcesie ani o spektakularnym przełomie. To opowieść o drodze — od niewidzialnej dziewczynki do lidera, który nie boi się mówić wprost o swojej sile.


 

„Amanda prawie się udusiła, ale zatańczyła do końca”. Małgorzata Karpiuk o kostiumach do filmu „Testament Ann Lee” | „Rzecz gustu”, odc. 809 mars 202600:23:07

Kostium w kinie bywa tłem. Ładnym, efektownym, czasem nawet spektakularnym — ale jednak tłem. W „Testamencie Ann Lee” kostium staje się drugim ciałem bohaterki: oddycha z nią, ogranicza ją, prowadzi, a czasem niemal ją dusi. Dosłownie. O pracy nad jednym z najbardziej wyczekiwanych filmów roku — reżyserowanym przez Monę Fastvold i nagrodzonym owacjami na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji — Karolina Liczbińska rozmawia z kostiumografką Małgorzatą Karpiuk. To rozmowa o materii, która ma wagę emocji. O sukniach cięższych niż decyzje życiowe i o tym, że dobrze skrojony kostium potrafi opowiedzieć historię równie mocno jak kamera.

Jak ubrać kobietę, która ma być jednocześnie mistyczką, liderką i matką – w XVIII wieku, w filmie będącym zarazem dramatem historycznym i musicalem? To jedno z pytań, przed którymi stanęła Małgorzata Karpiuk, kostiumografka „Testamentu Ann Lee".

Mistyczka, liderka, matka

Ann Lee nie jest postacią, którą można „ubrać historycznie” i uznać sprawę za zamkniętą. To bohaterka z pogranicza porządków: religijna wizjonerka, charyzmatyczna liderka wspólnoty shakerów, kobieta funkcjonująca w świecie twardych patriarchalnych zasad, a zarazem postać o niemal ascetycznej duchowości. Największym wyzwaniem było to, że jej kostium nie mógł być tylko epokowy. Musiał, jak mówi Karpiuk, opowiadać jej wewnętrzną drogę.

Karpiuk wraz z zespołem zanurzyła się w ikonografii XVIII wieku: rycinach, malarstwie religijnym, portretach kobiet, zapisach codzienności wspólnot protestanckich. Ale historyczna prawda była tylko punktem wyjścia. Bo jak zdradza: film nie jest rekonstrukcją muzealną. To opowieść emocjonalna.

Barokowe światło, surowa forma

Inspiracje płynęły ze świata malarstwa barokowego: ciężkie tkaniny, przygaszone barwy, światło wydobywające fakturę materiału. Kostiumy miały wyglądać tak, jakby wyszły z obrazów Caravaggia - pełne cienia, głębi i dramatyzmu.

Ale jednocześnie estetyka shakerów narzucała prostotę i funkcjonalność. To wspólnota odrzucająca przepych. Minimalizm formy zderzył się więc z malarską zmysłowością światła i faktury.

Efekt? Ubrania, które są skromne w kroju, lecz intensywne w wyrazie. Materiały o surowej strukturze. Len, wełna, grube bawełny. Tkaniny, które pracują w ruchu i łapią światło jak powierzchnia starego płótna. Bo ciężar kostiumu to ciężar decyzji, wiary i wspólnoty.

Kolor jako droga duchowa
Kostium w „Testamencie Ann Lee” opowiada historię przemiany duchowej poprzez kolor. Paleta barw nie jest przypadkowa — prowadzi widza przez emocjonalną mapę bohaterki. Początek to mrok: przygaszone brązy, szarości, ziemiste czernie. Kolory ciężkie jak noc bez snu. Jak ciało zmęczone walką z własnymi demonami. Z czasem w kostiumach pojawia się więcej światła. Sprane błękity. Złamane biele. Delikatne, rozproszone odcienie przypominające poranne mgły. Kolor nie symbolizuje tu świętości, lecz przemianę wewnętrzną. Bohaterka nie staje się „jaśniejsza” moralnie. Staje się bardziej świadoma. Bardziej obecna.
Scena na statku: piękno kontra oddech

Najbardziej wymagającym momentem produkcji okazała się scena tańca na statku. Wiatr, wilgoć, zimno i ciężkie, wielowarstwowe kostiumy stworzyły mieszankę ekstremalną. Suknia Ann Lee była skonstruowana z kilku warstw grubych materiałów. Gorset mocno opinający klatkę piersiową, ciężka spódnica nasiąkająca wilgocią i sztywne elementy konstrukcyjne miały nadać sylwetce historyczną wiarygodność. Problem w tym, że ciało aktorki nie jest eksponatem muzealnym. - Amanda prawie się udusiła. Dosłownie. Gorset był tak ciasny, a scena tak intensywna fizycznie, że w pewnym momencie brakowało jej powietrza — wspomina Karpiuk.

A jednak dokończyła scenę. Amanda Seyfried tańczyła do końca ujęcia, mimo wyczerpania i fizycznego dyskomfortu. Gdy kamera przestała kręcić, trzeba było ją szybko rozsznurować. Kostium ma służyć aktorowi, ale czasem aktor musi zmierzyć się z jego ograniczeniami. Najważniejsze, by wiedzieć, gdzie jest granica.


„Jeśli wychodzisz z kina myśląc tylko o zdjęciach, film nie zadziałał”. Will Rexer o operatorskiej pracy przy „Testamencie Ann Lee” | „Rzecz gustu”, odc. 709 mars 202600:15:30

Są filmy, które się ogląda. I są takie, które się przeżywa – niemal fizycznie, jak sen, z którego trudno się obudzić. „Testament Ann Lee” w reżyserii Mony Fastvold należy do tej drugiej kategorii. Nominowany do Złotego Lwa na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, już okrzyknięty jednym z najważniejszych filmów roku, wchodzi do polskich kin 13 marca. Zanim jednak zobaczymy na ekranie hipnotyzującą historię religijnej wizjonerki, liderki ruchu shakerów, warto zajrzeć za kulisy. O tym, jak buduje się filmowe obrazy balansujące między mistyką, cielesnością i malarską doskonałością, z Karoliną Liczbińską rozmawia operator filmu – Will Rexer. Spotkanie odbyło się podczas 33. edycji Camerimage. I była to rozmowa nie tylko o kinie, ale o snach, wierze i odpowiedzialności obrazu.

Jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku trafia do polskich kin 13 marca. „Testament Ann Lee" Mony Fastvold – nominowany do Złotego Lwa w Wenecji, obsypany entuzjastycznymi recenzjami – opowiada historię Ann Lee, założycielki XVIII-wiecznego ruchu religijnego shakerów, w którą wciela się Amanda Seyfried w roli powszechnie uznawanej za szczytowe osiągnięcie jej kariery. Zanim film pojawi się na ekranach, zapraszamy za kulisy jego powstawania. Na 33. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Camerimage operator Will Rexer zdradza Karolinie Liczbińskiej, jak powstawał wyjątkowy wizualny język produkcji. Opowiada m.in. o tym, że o przyjęciu scenariusza decydują dla niego sny – i że po pierwszej lekturze „Ann Lee" śnił intensywnie o porodach i religijnej ikonografii. Zdradza też, jak głęboko twórcy zanurzyli się w malarstwie barokowym i dlaczego film – choć pełen scen tanecznych – to jego zdaniem coś zupełnie innego niż musical.

Obrazy pulsujące napięciem

Historia Ann Lee — duchowej przywódczyni religijnej wspólnoty shakerów — od początku domagała się języka wizualnego, który nie będzie tylko ilustracją epoki. Wiil Rexer wiedział, że to musi być obraz, który oddycha duchowością, ale nie wpada w estetyczną pocztówkę. Kamera miała być blisko skóry, potu i drżenia mięśni, a jednocześnie unosić się nad bohaterami jak spojrzenie kogoś, kto patrzy z innego wymiaru. - Niemal każda klatka w tym filmie oparta jest na obrazie - przyznaje operator.

Nie chodzi jednak o proste cytaty z historii sztuki. To raczej wizualne „przefiltrowanie” emocji przez estetykę dawnych mistrzów.

Twórcy „Testamentu Ann Lee” zanurzyli się w malarstwie barokowym tak głęboko, jakby przygotowywali wystawę w galerii sztuki, a nie filmowy plan. Inspiracje? Caravaggio i jego dramatyczne kontrasty światła i cienia. Georges de La Tour i intymność świecowego półmroku. Ciała wyłaniające się z mroku jak z innego świata. Światło nie jako technika, lecz jako metafizyka.

Dlatego w filmie nie ma „ładnych” zdjęć. Są obrazy pulsujące napięciem. Twarze mokre od łez i potu. Skóra o fakturze płótna malarskiego. Naturalne światło wpadające przez okna jak znak z innego porządku. Operator unika jednak estetyzacji cierpienia. Nie interesuje go piękno samo w sobie. Interesuje go prawda emocji.

- Jeśli widz wychodzi z kina i mówi: „Ale piękne zdjęcia”, to znaczy, że coś poszło nie tak. Obraz nie może być ozdobą. Ma działać podskórnie - mówi.

Taniec jako doświadczenie graniczne

W filmie pojawia się wiele scen tanecznych - intensywnych, zbiorowych, opartych na ruchu wspólnoty. Łatwo byłoby więc przykleić do filmu etykietę musicalu. Rexer stanowczo się temu sprzeciwia. Ruch shakerów był formą modlitwy. Ciało stawało się narzędziem duchowego uniesienia. Twórcy filmu pokazują taniec jako doświadczenie graniczne — bardziej przypominające rytuał niż choreografię sceniczną.

Bo „Testament Ann Lee” nie jest filmem religijnym w tradycyjnym sensie. To opowieść o charyzmie, wspólnocie i niebezpiecznej sile idei. O tym, jak duchowość potrafi wyzwalać i zniewalać jednocześnie.


„Pary tańczące tango można spotkać na ulicy”. O końcu świata, który uzależnia | „Rzecz gustu”, odc. 626 févr. 202600:37:27

Chile i Argentyna nie są kierunkami budżetowymi. To podróżnicza liga mistrzów – wymagająca, kosztowna, czasem logistycznie absurdalna. Ale w szóstym odcinku podcastu „Rzecz gustu” Max Cegielski rozmawia z Mariuszem Lewickim z Logos Tour o miejscach, które redefiniują pojęcie krajobrazu: od najsuchszego miejsca na Ziemi po lodowiec, który… rośnie. To opowieść o końcu świata, gdzie naprawdę zaczyna się podróż. Sponsorem podcastu jest biuro turystyki ZNP Logos Tour, organizator wycieczek na siedem kontynentów.

Chile: kraj wąski, ale długi jak marzenie

„Chile jest to kraj wąski, ale bardzo długi, dlatego różnorodny” – mówi Mariusz Lewicki. I trudno o lepsze wprowadzenie. Na mapie wygląda jak przypadkowa kreska przyklejona do zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej. W rzeczywistości to geograficzny rollercoaster.

Na północy pustynia Atakama – najsuchsze miejsce na Ziemi, gdzie deszcz bywa wydarzeniem pokoleniowym. Na południu Patagonia, gdzie wiatr potrafi przewrócić dorosłego człowieka, a przestrzeń wydaje się nie mieć końca.

To właśnie tu znajduje się Torres del Paine – park narodowy, który Lewicki bez wahania nazywa jednym z cudów Ameryki Południowej. Granitowe wieże, turkusowe jeziora, lodowce zsuwające się powoli w doliny. I co ważne: można go zobaczyć zarówno podczas wymagającego trekkingu, jak i… z okna autobusu.


Wyspa Wielkanocna: izolacja totalna

Jeśli jednak istnieje miejsce, które elektryzuje podróżników najbardziej, to jest nim Wyspa Wielkanocna.

„To jedno z najbardziej odizolowanych miejsc na świecie” – podkreśla Lewicki. I rzeczywiście: do najbliższego zamieszkałego lądu są tysiące kilometrów. Ciepły, przyjemny klimat. Cisza. „Mamy wrażenie spokojnego końca świata”.

Tu podróż przestaje być checklistą atrakcji, a zaczyna być doświadczeniem samotności w najbardziej spektakularnym wydaniu.


Argentyna zaczyna się od lodu

Po drugiej stronie Andów czeka Argentyna – kraj, który potrafi zaskoczyć nawet tych, którzy widzieli już wszystko. Jednym z jego największych fenomenów jest Perito Moreno.

Dlaczego niezwykły? Bo w czasach, gdy większość lodowców się cofa, ten… rośnie. Jego czoło pęka z hukiem przypominającym wystrzał armatni, a ogromne bryły lodu wpadają do wody z siłą, której nie odda żadne nagranie.

To spektakl natury, który odbywa się bez publiczności – chyba że przyjedziesz tu specjalnie.

Ziemia Ognista i pingwiny

Na samym dole mapy znajduje się Ziemia Ognista – legendarna kraina, która przez wieki była synonimem końca świata. Jej sercem jest Ushuaia, najdalej na południe położone miasto globu.

Tu można zobaczyć pingwiny w ich naturalnym środowisku, patrząc na ocean, który prowadzi już tylko na Antarktydę.


Buenos Aires: tango zamiast punktów orientacyjnych

A potem nagle wszystko się zmienia. Z dzikiej przyrody trafiamy do Buenos Aires – miasta, które pulsuje energią.

„Pary tańczące tango można spotkać na ulicy” – mówi Lewicki. I to nie jest metafora. Tango nie jest tu folklorem dla turystów, tylko językiem codzienności.

Bo nie ma Argentyny bez tanga. Tak jak nie ma jej bez steków, czerwonego wina i późnych kolacji, które zaczynają się wtedy, gdy w Europie wszyscy już śpią.

Chile i Argentyna są drogie – to prawda. Ale w tej części „Rzeczy gustu” Max Cegielski i Mariusz Lewicki przekonują, że są też bezkonkurencyjne. Bo kiedy stoisz między lodowcem a oceanem, na pustyni albo na końcu świata – cena przestaje być najważniejszym argumentem.

Liczy się to, że naprawdę tam jesteś.

Sponsorem podcastu jest biuro turystyki ZNP Logos Tour, organizator wycieczek na siedem kontynentów.

 

„Starym kluczem nie otworzysz nowych drzwi”. Dr Monika Czerska o stresie, złamanym sercu i mózgu, który potrzebuje zmiany | „Jak zdrowie”, odc. 1325 févr. 202601:03:06

– „Bardzo często słyszę od pacjentów: nie wiem, co mi jest, ale nie czuję się komfortowo w swoim ciele” – mówi dr n. med. Monika Czerska w najnowszym odcinku podcastu „Jak zdrowie”. I choć wyniki badań mieszczą się w normach, puls bije książkowo, a rezonans magnetyczny nie wykazuje żadnych uchwytnych zmian, coś wyraźnie przestaje się zgadzać. Coraz więcej osób doświadcza bowiem stanu, który trudno uchwycić w parametrach laboratoryjnych: permanentnego napięcia, zmęczenia, rozdrażnienia, poczucia życia „nie do końca w swoim ciele”. Rozmawiamy o tym, dlaczego medycyna przyszłości nie będzie już tylko zachodnia ani wschodnia, jak rozpoznać stres zapisany w tkankach i co zrobić, gdy dosłownie – a nie metaforycznie – pęka nam serce. Sponsorem podcastu z dr Moniką Czerską jest wydawnictwo Wielka Litera wydawca książki „Cztery Komnaty. Klucz do życia w równowadze"

Przyzwyczailiśmy się myśleć o zdrowiu w liczbach. Ciśnienie tętnicze, poziom glukozy, CRP – jeśli mieszczą się w referencyjnych zakresach, uznajemy, że organizm funkcjonuje prawidłowo. Tymczasem – jak podkreśla neurolożka, dr n. med. Monika Czerska – istnieje ogromna przestrzeń pomiędzy kliniczną normą a realnym dobrostanem, której współczesna medycyna często nie obejmuje swoim językiem. – Możemy zbadać puls ilościowo, ale w medycynie chińskiej liczy się też jakość pulsu – tłumaczy.

„Sami siebie oszukujemy, mówiąc, że jest okej”
Ta jakościowa perspektywa zakłada, że ciało nie tylko reaguje na chorobę, ale także na emocje, napięcia i przeciążenia, które przez lata pozostają nierozpoznane. To dlatego – jak mówi lekarka – „sami siebie oszukujemy, mówiąc, że jest okej”, bo skoro wyniki nie wykazują odchyleń, trudno przyznać, że chroniczne zmęczenie, bezsenność czy napięciowe bóle karku są czymś więcej niż „gorszym dniem”.

A przecież – jak zauważa – „czas przyspieszył, nie mamy czasu na bylejakość”. Także w trosce o zdrowie.

Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów przenikania emocji do fizjologii jest tzw. choroba złamanego serca. Nie jako metafora literacka, lecz jako jednostka chorobowa rozpoznawana m.in. w Japonii. – „W Japonii choroba złamanego serca funkcjonuje jako jednostka chorobowa. W medycynie chińskiej istnieje nawet punkt złamanych serc” – mówi dr Czerska.

Silny stres emocjonalny może prowadzić do zaburzeń pracy mięśnia sercowego, zmian hormonalnych i reakcji zapalnych w organizmie. Innymi słowy: smutek, strata czy przewlekłe napięcie nie zatrzymują się na poziomie psychiki, lecz znajdują swój wyraz w biologii.

Dlatego – jak podkreśla – moment kryzysu nie zawsze powinien być natychmiast „naprawiany”. – Czasem trzeba się rozsypać na kawałki, żeby to do kupy znowu zebrać. Czasami trzeba sobie popłakać i zrobić dzień przerwy życiowej - dodaje.

W świecie, który premiuje odporność i produktywność, taka zgoda na zatrzymanie bywa pierwszym realnym krokiem w stronę regeneracji.

Zdrowie ma więcej niż jedną komnatę

Perspektywę tę dr Czerska rozwija w swojej książce „Cztery komnaty. Klucz do życia w równowadze”, proponując, by o zdrowiu myśleć nie jako o braku choroby, lecz jako o dynamicznej równowadze pomiędzy kilkoma obszarami życia. Organizm nie funkcjonuje bowiem w izolacji od emocji, relacji czy poczucia sensu – przeciwnie, to właśnie napięcia w tych sferach często poprzedzają fizyczne objawy choroby. Jeśli przez lata ignorujemy przeciążenie, konflikty czy wewnętrzne sprzeczności, ciało w końcu zaczyna mówić własnym językiem.

– „Jeśli nie jesteś do czegoś przekonana, zwizualizuj” – zachęca lekarka, wskazując, że zmiana nawyków zdrowotnych zaczyna się często od zmiany sposobu myślenia o sobie i własnych potrzebach.

Ciężar niewidzialnych emocji

Szczególnie wyraźnie mechanizm ten widać u kobiet, które – jak zauważa dr Czerska – są socjalizowane do przeżywania i podtrzymywania określonych emocji. – My kobiety rozgaszczamy się w uczuciach: wstydu i poczucia winy. Pozwalamy sobie czuć, zamiast się w nich taplać - wyjaśnia ekspertka.


„To jak zasobny jest parter widzimy po kilku minutach”. Co mówi nam o człowieku jego stosunek do pieniędzy? | „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, odc. 219 févr. 202601:00:52

- Czy jesteśmy parą przegrywów i co to znaczy? Czy byłabym przegrywem także bez ciebie, bo grzebiesz mój potencjał? - takie pytania zadajemy sobie często w związkach, ale do siebie, po cichu, bo finanse to wciąż, jak seks, temat tabu. W 2. odcinku podcastu „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem” Agnieszki Radomskiej rozmawiamy o tym, co oznaczają w związku kłótnie o pieniądze, bo nie zawsze chodzi w nich o pieniądze.

Dlaczego w związkach tak często kłócimy się o pieniądze – nawet wtedy, gdy wcale nie chodzi o pieniądze? Czy relacja może się rozpaść nie z powodu zdrady, braku uczuć czy różnicy charakterów, ale dlatego, że partnerzy nie potrafią dogadać się w kwestii finansów? W drugim odcinku podcastu Zwierciadła „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, prowadzonego przez Agnieszkę Radomską, rozmowa schodzi na temat, który dla wielu par okazuje się bardziej drażliwy niż seks czy wierność.

Bo o pieniądze – jak się okazuje – kłócimy się niemal od pierwszego spotkania.

Pierwsza randka i pierwsze napięcie

Zanim pojawią się wspólne rachunki, kredyty czy decyzje o budżecie domowym, napięcie wokół pieniędzy zaczyna się dużo wcześniej. Jak zauważa psycholog, Paweł Droździak, już na początku znajomości idziemy razem na kawę – i niemal natychmiast pojawia się pytanie: kto za nią płaci?

Ten moment, choć z pozoru błahy, często odsłania więcej, niż chcielibyśmy pokazać. Stosunek do pieniędzy w relacji intymnej mówi bowiem coś zupełnie innego niż nasz ogólny stosunek do finansów. Inaczej zarządzamy pieniędzmi w pracy czy w pojedynkę, a inaczej wtedy, gdy stają się one elementem bliskości, zależności i wzajemnych oczekiwań.

Droździak podkreśla, że zasobność partnera widzimy niemal od razu, po kilku minutach kontaktu – nie tylko w tym, co ma na koncie, ale w tym, jak mówi o pracy, aspiracjach, bezpieczeństwie czy ryzyku.

Jedna z kluczowych tez rozmowy brzmi: kiedy ludzie kłócą się o pieniądze, najczęściej nie kłócą się o pieniądze. Spór o wydatki, wkład finansowy czy styl życia bardzo szybko zamienia się w pytania znacznie głębsze i bardziej bolesne:

Czy jestem osobą, z którą warto być – także ze względu na koszty?

Czy jesteśmy parą przegrywów?

Czy bez ciebie radziłabym sobie lepiej – czy to ty grzebiesz mój potencjał?

Pieniądze stają się w takich sytuacjach językiem, którym opowiadamy o wartości, ambicji i sprawczości. O tym, ile jesteśmy warci – nie tylko na rynku pracy, ale także w oczach partnera.

„Tyle jest mnie, ile jest pożytku ze mnie”

Dlaczego tak trudno rozmawiać o finansach w związku? Zdaniem Droździaka wiele osób wynosi z domu doświadczenie, że ich wartość zależy od użyteczności. Że „tyle jest mnie, ile jest pożytku ze mnie”.

W dorosłym życiu przekłada się to na relacyjne lęki: czy jestem wystarczająco produktywny, zaradny, dochodowy, by zasługiwać na miłość? A jeśli zarabiam mniej – czy oznacza to, że wnoszę do relacji mniej jako człowiek?

Czy „po równo” znaczy lepiej?

Współczesne związki często próbują organizować się wokół idei równości finansowej. Po połowie za czynsz, po połowie za wakacje, po połowie za rachunki. Ale czy symetria naprawdę rozwiązuje problem?

Droździak zwraca uwagę na obecność w relacji czegoś, co nazywa „bytami obecnymi w pokoju”. To pieniądze, które jedna osoba mogłaby zarobić – gdyby nie druga. Niewykorzystane szanse, przerwane kariery, kompromisy zawodowe. To wszystko, co nie wydarzyło się dlatego, że jesteśmy razem.

Wtedy rachunek przestaje być matematyczny. Zaczyna dotyczyć strat, poświęceń i niespełnionych możliwości.

Drugi odcinek „Porozmawiajmy o miłości” nie oferuje prostych instrukcji. Zamiast tego pokazuje, że rozmowa o pieniądzach w związku jest zawsze rozmową o czymś więcej: o lęku przed byciem niewystarczającym, o ambicjach, o poczuciu wartości i o tym, czy nasza relacja pozwala nam rozkwitnąć – czy raczej ogranicza.

Bo czasem pytanie „ile zarabiasz?” oznacza tak naprawdę: czy przy tobie mogę stać się kimś więcej – czy kimś mniej?

„Jak pozbędziesz się traumy, znajdziesz miejsce na coś nowego” Tomasz Karolak o byciu samym ze sobą  | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 1318 févr. 202600:39:51

- Wierzę w duchowość, w energię i są na to naukowe podwaliny, jak choćby fizyka kwantowa i teoria splątanych cząstek. Jaźń człowieka jest poza polem, poza ciałem - mówi Tomasz Karolak w drugiej części rozmowy Beaty Biały w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem”. To opowieść o tym, co dzieje się po zejściu ze sceny. Kiedy milkną oklaski, a człowiek zostaje sam ze sobą – bez roli, bez maski, bez publiczności. Aktor mówi o miłości jako codziennym wyborze, o traumie, która zajmuje miejsce na nowe życie, i o duchowości, która nie musi już być wstydliwym dodatkiem do racjonalnego świata.

Kiedy kończą się brawa „Lubię, biją brawa, to się kończy i jesteś dalej sam. Sam ze sobą” – mówi Tomasz Karolak. To zdanie brzmi jak brutalne podsumowanie życia w świetle reflektorów. Bo brawa są jak zastrzyk: podnoszą, wzmacniają, dodają sensu. Ale działają krótko. A potem wracasz do domu i nikt nie klaszcze. W tej rozmowie Karolak opowiada o uzależnieniu od uznania. O potrzebie bycia widzianym. I o tym, jak łatwo pomylić aplauz z bliskością. Publiczność cię kocha – ale nie zna. Partnerka cię zna – ale nie zawsze klaszcze. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa praca. Miłość to decyzja, nie uniesienie „Miłość jest codziennie rano wyborem” – mówi Karolak. Nie romantycznym porywem, nie nagłym olśnieniem, lecz decyzją: zostaję. Rozmawiam. Nie uciekam. Nawet kiedy jest trudno, nudno albo zwyczajnie. To miłość odarta z instagramowego filtra. Miłość jako praktyka. Bo – jak dodaje aktor – „miłość nieokazywana nie istnieje”. Można ją czuć, można o niej myśleć, można ją deklarować. Ale jeśli nie ma gestu, słowa, obecności – znika. W świecie, który celebruje intensywność, Karolak mówi o konsekwencji. O codziennym byciu obok. O telefonie wykonanym mimo zmęczenia. O rozmowie, na którą nie ma się siły, ale znajduje się czas. Rezygnacja z miłością Jednym z ważniejszych odniesień w życiu aktora jest Mistrz Eckhart. „Jeżeli rezygnujesz z czegoś z miłością, to będzie ci to wynagrodzone z królewską hojnością” – przywołuje jego słowa Karolak. Rezygnacja w tym ujęciu nie jest porażką. Jest przestrzenią. Miejscem, które robi się puste po to, by mogło się wypełnić czymś nowym. Problem w tym – zauważa – że większość z nas rezygnuje ze złością. Z poczuciem straty. Z żalem.A wtedy nic się nie wynagradza. Trauma zajmuje miejsce „Jak pozbędziesz się traumy, znajdzie się miejsce na coś na nowo” – mówi Karolak. To zdanie jest jak instrukcja dojrzałości emocjonalnej. Bo trauma nie znika sama. Ona siedzi. Zajmuje przestrzeń. I nie dopuszcza niczego nowego. Dopóki jej nie zobaczymy, nie nazwiemy, nie przepracujemy – nie ma gdzie wstawić miłości. Ani spokoju. Ani relacji, która nie będzie powtórką starego scenariusza. Karolak mówi o tym bez terapeutycznego żargonu. Raczej jak ktoś, kto sam sprawdził, że przeszłość nie mija – tylko zmienia formę. I że czasem największym aktem odwagi jest powiedzenie: potrzebuję pomocy. Duchowość bez ironii W pewnym momencie rozmowa skręca w stronę, która jeszcze kilka lat temu mogłaby uchodzić za ryzykowną. „Wierzę w duchowość, w energię i są na to naukowe podwaliny, jak choćby fizyka kwantowa i teoria splątanych cząstek. Jaźń człowieka jest poza polem, poza ciałem” – mówi Karolak. To deklaracja, która nie próbuje się już tłumaczyć. Ani racjonalizować. Raczej łączyć: naukę z doświadczeniem, materię z przeżyciem. Aktor nie stawia się w roli guru. Mówi raczej o intuicji. O przeczuciu, że człowiek nie kończy się na skórze. I że może właśnie dlatego tak bardzo potrzebuje innych. Druga część rozmowy Beaty Biały z Tomaszem Karolakiem to opowieść o życiu po oklaskach. O miłości, która nie przychodzi sama. O traumie, która musi ustąpić miejsca. I o tym, że nawet jeśli brawa cichną – rozmowa może trwać.

„Czy kobiecie wypada być zabawną? Jak już to lekko, uroczo”. Ile ryzykowały Czubaszek, Grodzieńska i Samozwaniec? | „Kultura i inne przyjemności”15 févr. 202600:51:43

Przez wieki zastanawiano się, czy kobiecie w ogóle wypada być zabawną. Jeśli już – to raczej „uroczo”, „lekko”, bez przesady. Magdalena Samozwaniec, Stefania Grodzieńska i Maria Czubaszek miały na to własną odpowiedź: robiły humor na serio. Bez taryfy ulgowej, bez zgody na bylejakość. O nich – i o cenie, jaką płaci się za śmiech – opowiada książka Violetty Ozminkowski „Humorystki. Kobiety, które uczyły nas śmiechu”. Sponsorem odcinka podcastu „Kultura i inne przyjemności” jest Wydawnictwo Prószyński i S-ka – wydawca książki Violetty Ozminkowski „HUMORYSTKI. Kobiety, które uczyły nas śmiechu”. 

Kobieta, która jest zabawna, zawsze ryzykuje więcej

Samozwaniec, Grodzieńska i Czubaszek były nie tylko zabawne. One przekraczały granice, których nikt im formalnie nie wyznaczył, ale które wszyscy doskonale znali.

Nie nazywały siebie feministkami, a jednak – jak podkreśla Ozminkowski – „to, co robiły z własnym życiem, tego dowodzi”. Każda z nich na swój sposób wyrywała sobie prawo do niezależności: ekonomicznej, emocjonalnej, językowej. Humor był ich narzędziem, ale i tarczą. Czasem – bronią obosieczną.

Magdalena Samozwaniec: ironia zamiast nazwiska ojca

Magdalena Samozwaniec nie chciała nazwiska ojca. Nie chciała też wpisywać się w legendę rodu Kossaków, choć z niej nieustannie ją rozliczano. „Mocno się maluję, bo chcę zużyć wszystkie farby po Kossakach” – żartowała, jednym zdaniem unieważniając patos rodzinnego dziedzictwa.

Jej humor był błyskotliwy, ale relacje – znacznie trudniejsze. Gdy Zofia pyta Violettę Ozminkowski, jakie zachowania bohaterek były jej obce, odpowiedź pada bez wahania: „Myślę, że ta niemiłość Magdaleny Samozwaniec”. Za ironią kryła się emocjonalna surowość, może obrona, może cena autonomii. Bo Samozwaniec nie chciała nikomu niczego zawdzięczać – nawet czułości.

Stefania Grodzieńska: bezczelnie miła strategia przetrwania

Stefania Grodzieńska mówiła o sobie, że jest „emigranckim dzieckiem”. Ozminkowski prostuje: w istocie była osieroconym dzieckiem, zostawionym przez rodziców. I to doświadczenie ukształtowało jej życiową strategię. „Jak ktoś ją wkurzył, to ona była bezczelnie miła” – wspomina autorka.

Ten rodzaj humoru – inteligentnego, podszytego chłodem, precyzyjnego jak skalpel – był odpowiedzią na świat, który wobec kobiet bywał bezlitosny. „Ile razy ktoś pozbawia mnie moich praw, a ja godzę się na to, słyszę: ‘Jesteś mądrą kobietą’. Zastanawiam się, czy nie powinnam trochę zgłupieć” – mówiła Grodzieńska. I w jednym zdaniu demaskowała mechanizm, który do dziś brzmi niepokojąco aktualnie.

Maria Czubaszek: śmiech, który boli najbardziej

Najbardziej poruszająca jest opowieść o Marii Czubaszek. O jej miłości, samotności i autodestrukcji, o której Ozminkowski mówi wprost. „Myślę, że Marysia Czubaszek zagłodziła się na śmierć z miłości. Nie chciała swoją chorobą obarczać Wojtka Karolaka, który nie był w stanie opiekować się drugim człowiekiem”.

Czubaszek – mistrzyni ciętej pointy – potrafiła żartować z wszystkiego, także z siebie. „Mężczyzna jest potrzebny kobiecie do tego, żeby miała na kogo ponarzekać. We wszystkich innych sprawach da sobie radę” – mawiała. Ale za tym dowcipem kryła się krucha granica. „Jak Marysia sobie szkodziła: piła energetyki, paliła jednego za drugim, to błyszczały jej oczy. Ona chciała sobie zaszkodzić” – mówi Ozminkowski. Humor bywał tu ostatnią linią obrony.

Śmiech nie chroni przed życiem

„Humorystki” to nie laurka. To książka o kobietach, które potrafiły być złośliwe i ciepłe, pogodne i brutalnie szczere. O mistrzyniach humoru abstrakcyjnego, które miłość traktowały śmiertelnie poważnie. O intuicji, mądrości i wolności, której – jak pisze Ozminkowski – „nikt nie może nam dać”.

Sponsorem odcinka podcastu „Kultura i inne przyjemności” jest Wydawnictwo Prószyński i S-ka – wydawca książki Violetty Ozminkowski „HUMORYSTKI. Kobiety, które uczyły nas śmiechu”.

„Męski facet dba o siebie i nie zmienia szybko zdania”. Tomasz Karolak o duchowości i osobach, które zapraszamy do życia | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 1112 févr. 202600:50:49

- Osoba, którą zapraszamy na serio do życia, nas fascynuje, ale ma też cechy rodzica, z którym mieliśmy problemy - mówi Tomasz Karolak w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem”. Czy męskość to upór, siła i niezmienność? A może odwaga, by się przyznać do wstydu, lęku i potrzeby czułości? Beata Biały rozmawia z aktorem o ojcu, który był „cieniem" i punktem odniesienia, o aktorstwie jako ucieczce i o momencie życia, w którym zamiast grać – zaczyna być.

Nowy odcinek podcastu „Mężczyzna jest człowiekiem” to rozmowa o testosteronie, który rośnie od pochwał i o granicach, które wreszcie można postawić bez poczucia winy.

Testosteron i pochwała
„Chwalony mężczyzna wydziela więcej testosteronu” – rzuca Karolak i przytacza badania naukowe, które to potwierdzają. I zaraz dodaje, że coś w tym jest. Mężczyźni, choć wychowywani do twardości, są niezwykle wrażliwi na uznanie. Na sygnał: widzę cię, doceniam, jesteś wystarczający.

W świecie, który wciąż powtarza chłopcom „nie mazgaj się” i „bądź twardy”, pochwała bywa towarem deficytowym. A przecież – jak mówi Karolak – to ona buduje sprawczość. Nie upokorzenie, nie ironia, nie porównywanie z lepszymi. Uznanie.

Beata Biały dopytuje, czy mężczyźni naprawdę są tak prości w obsłudze. Karolak odpowiada bez owijania: „Kobiety mają taką cechę pt. ‘domyśl się’, a my się nie domyślamy”. I apeluje o komunikację wprost. Bez testów, bez gierek, bez cichego oczekiwania, że „jak kocha, to się domyśli”.

Bo nie domyśli się. Za to może usłyszeć. I odpowiedzieć.

Męski facet? Ten, który dba o siebie

„Męski facet to taki, który dba o siebie i nie zmienia zdania” – mówi aktor. I znów: brzmi jak cytat z podręcznika patriarchatu. Ale kiedy rozwija myśl, okazuje się, że chodzi o coś zupełnie innego. Dbanie o siebie to nie siłownia i drogi zegarek. To terapia. To odpoczynek. To umiejętność powiedzenia: nie dam rady. A „niezmienianie zdania”? Nie w sensie uporu, lecz wierności sobie. Swoim wartościom. Swoim granicom.

W tej rozmowie męskość nie jest pozycją wyjściową, tylko procesem. Czymś, co się redefiniuje. Karolak przyznaje, że przez lata grał rolę – nie tylko na scenie. Był dla wszystkich. Dla publiczności, dla partnerki, dla rodziny. „Teraz jestem dla siebie, a nie dla wszystkich” – mówi.

Ojciec, którego się nie przepracowało

Jednym z najmocniejszych momentów rozmowy jest wyznanie: „Moje aktorstwo było ucieczką od ojca”, które otwiera całą opowieść o męskiej tożsamości budowanej w cieniu. Karolak mówi o ojcu nie w tonie oskarżenia, ale w tonie zrozumienia. O trudnej relacji, o potrzebie uznania, o walce o uwagę. I o tym, że często wybieramy partnerów, którzy – choć nas fascynują – mają w sobie coś z rodzica, z którym mieliśmy nierozwiązane sprawy.

„Osoba, którą zapraszamy na serio do życia, nas fascynuje, ale ma też cechy rodzica, z którym mieliśmy problemy” – przyznaje. Kochamy nie tylko człowieka, lecz także historię, którą z nim powtarzamy. Dopóki jej nie zobaczymy.

Najcięższy z męskich bagaży

„Jestem w takim momencie, że przestaję się wstydzić” – mówi artysta. Wstyd w męskim wydaniu bywa szczególnie dotkliwy. Wstyd za słabość. Za porażkę. Za emocje. Za to, że nie jest się wystarczająco silnym, skutecznym, męskim.

Ta rozmowa pokazuje, jak wiele energii kosztuje udawanie. I jak wyzwalające jest przyznanie: nie muszę już nikogo przekonywać. Ani ojca. Ani świata. Karolak opowiada o terapii, o dojrzewaniu, o momencie, w którym przestaje się grać twardziela. I zaczyna się mówić prawdę – nawet jeśli jest niewygodna.

Rozmowa Beaty Biały z Tomaszem Karolakiem to rozmowa o dojrzewaniu. O tym, że testosteron rośnie od pochwał, ale prawdziwa siła rośnie od świadomości. O tym, że nie trzeba się domyślać – można zapytać. I że największą odwagą bywa powiedzenie: już nie uciekam.


„Wygoda jest zdradliwa”. Kiedy w związku zaczyna się uzależnienie emocjonalne? | „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, odc. 105 févr. 202600:52:37

- Potrzebne jest niedopowiedzenie, że coś nie jest zagwarantowane - mówi psycholog, Paweł Droździak. Gdzie kończy się zdrowa zależność, a zaczyna emocjonalne uzależnienie od partnera? Dlaczego jedni potrafią być w relacji, nie tracąc siebie, a inni – niemal stapiają się z drugą osobą, oddając jej poczucie wartości, sens i bezpieczeństwo? Premierowy odcinek podcastu Zwierciadła „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, prowadzonego przez Agnieszkę Radomską, dotyka jednego z najbardziej drażliwych tematów współczesnych związków: emocjonalnej zależności, która niepostrzeżenie zmienia się w uzależnienie.

Cykl „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem” nie podważa sensu bycia w relacji, przeciwnie - pokazuje, że prawdziwa bliskość zaczyna się tam, gdy jesteśmy w niej świadomi swoich ograniczeń i potrzeb oraz faktu, że partner nie jest regulatorem emocji ani gwarantem wartości, lecz kimś, z kim chcemy być - mimo ryzyka.

To nie jest podcast o „udanych relacjach” ani o tym, jak stać się lepszym partnerem w pięciu krokach. „Porozmawiajmy o miłości” to cykl rozmów, które rozbrajają mity – także te najbardziej oswojone. Agnieszka Radomska zaprasza do nich Pawła Droździaka, terapeutę, który zamiast uspokajać, często celowo wprowadza niepokój. Bo tylko on pozwala zobaczyć, dlaczego w imię miłości tak łatwo rezygnujemy z siebie.

Pierwsze odcinek to rozmowa dla tych, którzy czują, że miłość nie musi oznaczać utraty siebie. I że autonomia w związku nie jest zagrożeniem, lecz warunkiem tego, by relacja naprawdę żyła.

Cienka czerwona linia
Każda relacja opiera się na zależności. Potrzebujemy drugiego człowieka – jego obecności, wsparcia, czułości. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta zależność przestaje być jednym z elementów życia, a staje się jego osią. Wtedy miłość coraz mniej przypomina wybór, a coraz bardziej – przymus.

Droździak zwraca uwagę, że wiele osób wchodzi w związki, nie potrafiąc jasno nazwać, dlaczego akurat ta osoba stała się tak ważna. „Powód, dla którego jestem z drugą osobą, jest niewyrażalny w słowach. Ja nie wiem, dlaczego kogoś chcę” – mówi w podcaście.

W tle rozmowy wyraźnie obecna jest teoria stylów przywiązania. Osoby z lękowym stylem przywiązania szczególnie łatwo uzależniają się od partnera – bliskość staje się dla nich gwarancją bezpieczeństwa, a każdy sygnał dystansu uruchamia silny lęk. Z kolei osoby unikowe, często emocjonalnie zdystansowane, paradoksalnie wzmacniają ten mechanizm.

W takich relacjach napięcie nie znika – ono się cyklicznie odnawia. Droździak zauważa, że to właśnie niedopowiedzenie i brak gwarancji podtrzymują energię relacji. Gdy jednak niedopowiedzenie zamienia się w lęk przed opuszczeniem, związek zaczyna działać jak uzależnienie – chwilowa ulga przeplata się z narastającym napięciem.

Bliskość, która zabija pożądanie

Jednym z ważnych wątków rozmowy jest erotyka. Droździak podkreśla, że aby podtrzymać energię popędową, partnerzy nie mogą znać się „jak brat z siostrą”. Zbyt pełne stapianie się, charakterystyczne dla uzależnienia emocjonalnego, prowadzi do zaniku napięcia seksualnego.

Gdy związek staje się jedynym źródłem bezpieczeństwa, pojawia się wstyd, kontrola i autocenzura – także w sferze intymnej. To dlatego, jak zauważa terapeuta, po formalizacji relacji pewne praktyki seksualne, wcześniej akceptowalne, nagle zaczynają krępować. Bliskość przestaje być przestrzenią wolności, a zaczyna pełnić funkcję stabilizującą – kosztem pożądania.

„Chroń mnie przed tym, czego pragnę”

Uzależnienie emocjonalne polega właśnie na tym paradoksie: pragniemy bliskości, ale boimy się jej konsekwencji. Chcemy wolności, ale nie umiemy znieść jej ceny. Dlatego – jak mówi terapeuta – wybiera się niepotrzebną, czyli taką relację, która daje iluzję bezpieczeństwa, nawet jeśli odbiera sprawczość.

W relacjach uzależnieniowych ogromną rolę odgrywa wygoda. Przewidywalność, rutyna, brak ryzyka. Droździak nazywa ją wprost zdradliwą. Bo choć daje chwilowy spokój, długofalowo prowadzi do emocjonalnego zubożenia.


Tytuł „Moi sąsiedzi to moi przyjaciele i rodzina z wyboru “. Jak budować grono wsparcia w okolicy i czemu świetlice wracają do łask? | „Słowo do słowa”, odc. 10 04 févr. 202600:44:58

 Przez lata sąsiad był figurą podejrzaną. Kimś, kogo mijaliśmy w windzie bez kontaktu wzrokowego, kimś od hałasów zza ściany i niepodpisanych paczek pod drzwiami. Dziś ta figura się zmienia. Coraz częściej sąsiad staje się sojusznikiem, opieką awaryjną, a czasem – rodziną z wyboru. W podcaście „Słowo do słowa” Joanna Brodzik rozmawia z Agatą Stachowiak, ekspertką Otodom, o tym, dlaczego sąsiedztwo znów zaczyna mieć znaczenie i kto naprawdę buduje lokalne wspólnoty. Sponsorem odcinka podcastu jest Otodom — serwis nieruchomości i twórca projektu Szczęśliwy dom, który pokazuje, że szczęście zaczyna się od relacji.  


Od paczki od kuriera do relacji 

„Sąsiad może pełnić różne role – od odebrania paczki od kuriera” – mówi Agata Stachowiak i choć może to zabrzmieć niewinnie, niemal banalnie, to kryje się w nim opowieść o relacjach, które zaczynają się od drobiazgów. Od małego gestu, który nie wymaga deklaracji, a jednak uruchamia proces. Bo paczka to pretekst. Prawdziwa wymiana zaczyna się chwilę później: krótką rozmową, zapamiętaniem imienia, uśmiechem, który przestaje być grzecznościowy. Joanna Brodzik zwraca uwagę, że w świecie nadmiaru bodźców i samotności paradoksalnie to właśnie bliskość fizyczna – ta za ścianą – może stać się remedium. Sąsiedztwo nie wymaga wielkich planów ani wspólnych wartości zapisanych w manifestach. Wystarczy codzienność. 

Cherry pie i rodzina z wyboru 

„Moi sąsiedzi to moi przyjaciele i rodzina z wyboru. A zaczęło się od tego przysłowiowego cherry pie” – opowiada ekspertka. Ten obrazek, niemal filmowy, nie jest tylko anegdotą, a symbolem zmiany: od anonimowości do relacji, od zamkniętych drzwi do stołu, przy którym ktoś czeka. Współczesne sąsiedztwo coraz rzadziej przypomina obowiązek. Częściej jest decyzją. Relacją budowaną nie na wspólnym metrażu, ale na wspólnym rytmie życia. I tu pojawia się ważna obserwacja z raportu Otodom „Szczęśliwy Dom”: przestaje nas definiować wiek, a zaczynają style życia. 

Wiek? Coraz mniej istotny

 „Najbardziej aktywnymi sąsiadami są osoby po 50. roku życia” – mówi ekspertka Otodom, burząc stereotypy o bierności i wycofaniu. To właśnie ta grupa najczęściej inicjuje działania lokalne, pilnuje wspólnych spraw, organizuje spotkania. Ale jednocześnie, jak pokazują badania, świetnie dogadują się ludzie z najstarszych i najmłodszych grup wiekowych. Dlaczego? Bo łączy ich więcej, niż mogłoby się wydawać. Czas, ciekawość, potrzeba sensu. Młodsi wnoszą energię, starsi – doświadczenie. Środek, zapracowany i przeciążony, często zostaje gdzieś obok. Co ciekawe, jak wynika z raportu, osoby, które doświadczyły wykluczenia częściej stają się lokalnymi liderami. „Częściej angażują się w aktywizm lokalny, sąsiedzki, bo mają też ze względu na swoje doświadczenia grubszą skórę” – podkreśla Stachowiak. Sąsiedztwo staje się wtedy przestrzenią odzyskiwania sprawczości. Miejscem, w którym można coś zmienić, nawet jeśli skala jest niewielka. A małe zmiany – jak przypomina Joanna Brodzik – bywają najbardziej trwałe. 

Powrót świetlic i powrót rozmowy 

Jednym z najbardziej optymistycznych sygnałów jest powrót świetlic osiedlowych. Miejsc bez zadęcia, bez aplikacji, bez algorytmów. Przestrzeni spotkania. Tam, gdzie znów można usiąść razem, zamiast obok siebie. Podcast „Słowo do słowa” przypomina, że rozmowa – ta prawdziwa, nieprzyspieszona – wciąż ma moc. A sąsiedztwo może być jej pierwszym, najbliższym polem. Bo czasem wszystko zaczyna się od paczki. Albo od cherry pie. 

Sponsorem odcinka podcastu jest Otodom — serwis nieruchomości i twórca projektu „Szczęśliwy dom", który pokazuje, że szczęście zaczyna się od relacji.  

„CV to jest jakaś wymyślona pop-persona, tacy ludzie nie istnieją”. O rekrutacjach spray and pray i rynku już nie-pracownika a wyczekiwania | „zaTASKowani 2”, odc. 1420 janv. 202601:02:04

- Jak pytają o wady, to mów: pracuję za dużo - tłumaczy komiczka, Karolina Norkiewicz w 14 odcinku podcastu „zaTASKowani 2”. - Trzeba mieć grubą skórę, takie czasy - dodaje biznesmen, Dominik Kaznowski. Kiedy rynek pracownika zmienił się w rynek oczekiwania, gdzie znalezienie pracy trwa już średnio pół roku i jakich firm zdecydowanie unikać?

Pop-persona do wynajęcia

„CV to jest jak rzeczywistość na LinkedInie – jakaś wyimaginowana pop-persona, której firma oczekuje. Pytanie, czy tacy ludzie w ogóle istnieją” – rzuca Dominik Kaznowski i demaskuje największą fikcję współczesnych rekrutacji. Dokument, który miał porządkować kompetencje, stał się narzędziem autopromocji, a rozmowa kwalifikacyjna – castingiem do roli idealnego pracownika.

Kaznowski dorzuca deklarację, która w HR-owym świecie brzmi niemal jak herezja: „Nigdy nie napisałem CV”. I idzie dalej: „Dla nas się nie liczy CV, to jest kompletnie nieistotne”. Liczy się coś innego – osobowość relacyjna, kontekst, sieć kontaktów. „Bardziej niż to, co w CV, liczy się kogo ja znam” – przyznaje bez złudzeń. Znajomy HR-owiec, szybki coaching przed rozmową, gotowe formułki – system doskonale wie, jak sam siebie oszukiwać.

Karolina Norkiewicz, samozwańcza HR-ówa w Klubie Komediowym i współscenarzystka w serialu „The Office PL” punktuje ten mechanizm obserwacją: „Zastanawiam się, ile ludzi chodzi na rozmowy rekrutacyjne dla sportu, żeby nie wypaść z wprawy”. Rozmowa kwalifikacyjna staje się więc nie narzędziem zmiany, lecz ćwiczeniem podtrzymującym pozory mobilności. - Jak pytają o wady, to mów: pracuję za dużo - dodaje.

Rynek wyczekiwania

Jeszcze niedawno – jak mówi Kaznowski – „zatrudniało się programistę, który oddychał”. Dziś ten etap mamy za sobą, ale w jego miejsce nie pojawiła się stabilność. „To już nie rynek pracownika, tylko rynek wyczekiwania” – konstatuje. Firmy publikują ogłoszenia, wysyłają zapytania metodą spray and pray (w wolnym tłumaczeniu: zebrać, jak najwięcej CV licząc, że kogoś się znajdzie), a decyzje odwlekają w nieskończoność.

Rekrutacja staje się kosztownym procesem, którego nikt realnie nie rozlicza. „Zrekrutowanie jednego pracownika to są dwa tygodnie pracy i nikt nie liczy tego jako pracy. A kiedy pracownik odchodzi, to wina menedżera” – mówi Kaznowski, obnażając systemowy paradoks: odpowiedzialność jest, ale czasu i zasobów na jej realizację już nie.

Jednym z efektów ubocznych takiego podejścia jest świat, w którym relacja z firmą staje się tymczasowa z definicji. - Są platformy, na których mogę leasingować pracowników – zauważa Kaznowski.

Ciche wypalenie
Stagnacja ma swoją cenę – i nie jest ona metaforyczna. Dane Instytutu Gallupa pokazują, że w 2024 roku globalny poziom zaangażowania pracowników spadł do 21 proc. (z 23 proc. w 2022 roku). W Europie wskaźnik ten wynosi zaledwie 13 proc., a Polska wypada jeszcze gorzej – tylko 8 proc. pracowników deklaruje realne zaangażowanie. Reszta wykonuje minimum albo – co gorsza – staje się aktywnymi krytykami organizacji.

Gallup szacuje, że koszt spadku zaangażowania to około 438 miliardów dolarów rocznie, czyli niemal 9 proc. globalnego PKB. To nie jest problem „miękki”. To twardy rachunek za kulturę pracy opartą na strachu przed zmianą.

Jak mówi Dominik: „Trzeba mieć grubą skórę, takie są czasy”. Ale ta odporność coraz częściej oznacza nie rozwój, lecz przetrwanie.

W świecie, który nieustannie każe być „lepszym”, „bardziej zmotywowanym” i „elastycznym”, Karolina rzuca zdanie, które brzmi jak kontrmanifest: „Zapominamy często, że enough jest ok”. Czyli wystarczająco dobrze.

I dodaje zabawną anegdotę o różnicach pokoleniowych w pracy, bo nie mówi się już w pracy „przypał”, ale „lekka kraksa”.

„Zamartwianie się wchodzi w nawyk i powoduje lęk uogólniony”. Sylwia Sitkowska o tym, gdzie w ciele jest presja | „Ukryte piękno”, odc. 1815 janv. 202600:44:58

- Z tą presją to jest tak, że ona może mieć różne motywacje. Są to motywacje z braku, z domu rodzinnego, z bycia niewystarczająco dobrą - mówi psycholożka, Sylwia Sitkowska w 18. odcinku podcastu „Ukryte piękno” z Magdaleną Kuszewską. Bo presja nie zawsze krzyczy. Często mówi szeptem: „musisz”, „jeszcze trochę”, „inni dają radę”. Skąd bierze się presja, gdzie mieszka w ciele i dlaczego dziś miarą sukcesu staje się coś zupełnie innego niż awans czy perfekcyjnie wypełniony kalendarz. To rozmowa o lęku, nawykach martwienia się, macierzyństwie, relacjach i o tym, że rozwój nie jest obowiązkiem wpisanym w regulamin dorosłości.

Presja nie zawsze rodzi się w pracy, korporacji czy na Instagramie. Często przychodzi z dużo wcześniejszego miejsca – z dzieciństwa, z relacji, w których miłość trzeba było zasłużyć, a pochwała była reglamentowana. Dorosłość tylko daje jej nowe narzędzia: KPI, cele, porównania.

Gdzie w ciele jest presja?

To jedno z kluczowych pytań rozmowy. Bo presja rzadko bywa abstrakcyjna. Ona się lokuje. W szczęce zaciśniętej tak, że bolą zęby. W barkach, które nigdy nie opadają. W brzuchu, który nie pamięta, czym jest rozluźnienie.

– Ciało wie – powtarza Sitkowska. Wie szybciej niż głowa, zanim pojawi się narracja: „ja tak mam”, „taki charakter”, „wszyscy są zmęczeni”. Ciało wysyła sygnały, ale my nauczyliśmy się je zagłuszać produktywnością.

„Teraz miarą sukcesu jest…”

No właśnie – co? Kolejny projekt? Kolejna kompetencja? A może coś, co brzmi niemal prowokacyjnie: decydowanie o swoim czasie.

– Decydowanie o swoim czasie to luksusowa waluta – słyszymy w odcinku. W świecie, w którym kalendarz jest dowodem wartości, a brak zajętości podejrzany, odzyskanie wpływu na własny rytm staje się aktem odwagi. I sprzeciwu wobec kultury ciągłego „więcej”.

Martwienie się jako nawyk

Wiele osób mówi: „ale ja tak mam”. Jakby lęk był cechą osobowości, a nie wyuczonym mechanizmem. Tymczasem – jak pada w rozmowie – martwienie się wchodzi w nawyk i może prowadzić do lęku uogólnionego. Umysł trenuje się w przewidywaniu katastrof, a ciało żyje w stanie permanentnej gotowości. To nie jest neutralne tło. To koszt.

Rozwój to nie religia

– To nie jest tak, że musimy się cały czas rozwijać – mówi Sitkowska, zdejmując z „rozwoju osobistego” aureolę świętości. Są momenty wzrostu, ale są też etapy regeneracji, integracji, a czasem zwykłego bycia. Presja, by każdą pauzę zamienić w projekt naprawczy, odbiera sens odpoczynkowi.

„Urlopy”, które urlopami nie są

W rozmowie wybrzmiewa też ważny wątek macierzyństwa. – Urlopy macierzyńskie, wychowawcze to nie są urlopy. To praca emocjonalna i fizyczna, często niewidzialna, pozbawiona uznania, za to obciążona społecznymi oczekiwaniami. Presja wraca innymi drzwiami: jak być „dobrą matką” i jednocześnie nie wypaść z obiegu.

Relacje pod lupą presji

Jednym z najbardziej gorzkich, a zarazem ironicznych momentów jest historia z gabinetu: kobiety pytające, co zrobić ze związkiem, bo „koleżanki singielki źle wpływają”. Presja normy wkracza nawet w przyjaźnie. Jakby bliskość trzeba było filtrować przez status i życiowe wybory.

Odcinek 18 „Ukrytego piękna” nie oferuje prostych recept. Zamiast tego proponuje uważność – na ciało, na swoje „muszę”, na źródła presji, które wcale nie są oczywiste. To rozmowa, która zostaje pod skórą. Bo jeśli ciało wie, to może warto wreszcie zacząć go słuchać.

 

„Stan zapalny zaczyna się w tarczycy”. Dr Tadeusz Oleszczuk o tym, jak czytać onkopakiet | „Jak zdrowie”, odc. 1214 janv. 202600:48:38

- Co czwarta osoba w Polsce zachoruje na nowotwór, a co ósma na cukrzycę - ostrzega dr Tadeusz Oleszczuk w 12. odcinku podcastu „Jak zdrowie”. Anna Augustyn-Protas rozmawia z ginekologiem i lekarzem holistycznym - o tym, gdzie naprawdę zaczyna się choroba, dlaczego tarczyca jest organem strategicznym i czemu mamy w sobie „kartę kredytową plastiku”.

Stan zapalny zaczyna się wcześniej, niż myślimy

– Tarczyca ma ogromny wpływ na zdrowie i często to w niej zaczyna się stan zapalny – mówi dr Tadeusz Oleszczuk. Chora tarczyca to nie jest tylko problem hormonów, to problem całego organizmu, bo działa jak biologiczny dyrygent. Jeśli coś idzie nie tak – tempo życia przyspiesza albo zwalnia, metabolizm się rozjeżdża, pojawia się zmęczenie, mgła mózgowa, problemy z wagą i nastrojem. A my? Najczęściej leczymy objawy, zamiast zapytać: dlaczego organizm jest w stanie zapalnym?

W rozmowie pojawia się temat, który wciąż brzmi dla wielu egzotycznie, choć dotyczy niemal każdego: pierwiastki śladowe i metale ciężkie. Niedobór tych pierwszych

Nadmiar tych pierwszych, a niedobór potrafi rozwalić zdrowie systemowo. Co zrobić, gdy badań nie da się zignorować? Gdy arsenu, selenu czy ołowiu jest za dużo? Ekspert nie ma wątpliwości: trzeba szukać źródła. Wody, ryżu, ryb, opakowań, a czasem… stylu życia.

– Mamy w sobie kartę kredytową plastiku. Jesteśmy nim wypełnieni po kokardę – mówi. – A w plastiku bardzo często jest ołów.

Plastik to już nie tylko problem ekologii, ale biologii. Mikro- i nanocząsteczki trafiają do organizmu wraz z jedzeniem, wodą, powietrzem. I kumulują się latami.


Onkopakiet i nie tylko

Standardowa diagnostyka to za mało. W rozmowie wyraźnie wybrzmiewa też wątek diagnostyki opartej na dorobku prof. Jana Lubińskiego, jednego z najważniejszych polskich genetyków onkologicznych. – Warto zrobić onkopakiet, jeśli naprawdę chcemy zrozumieć, co dzieje się w organizmie – podkreśla dr Tadeusz Oleszczuk. Badania prof. Lubińskiego pokazują, że kluczowe znaczenie ma oznaczanie poziomu wybranych pierwiastków i markerów metabolicznych oraz identyfikacja mutacji genetycznych, które zwiększają ryzyko nowotworów i chorób przewlekłych. To diagnostyka, która nie skupia się wyłącznie na wykrywaniu choroby, ale na identyfikowaniu ryzyka, zanim pojawi się guz, wynik histopatologii czy telefon z laboratorium z laboratorium.

Bo nowoczesna medycyna nie polega dziś na gaszeniu pożarów, tylko na czytaniu sygnałów ostrzegawczych. – Poza onkopakietem, warto też zrobić testy na mutacje genetyczne i insulinooporność. Zróbmy te trzy rzeczy, żeby mieć szerszy obraz zdrowia i podejść do niego naprawdę holistycznie - podaje dr Oleszczuk.


Surówka lepsza niż myślimy

Anna Augustyn-Protas zwraca uwagę na coś, co brzmi jak banał, a nim nie jest: – W mądrości narodowej olśnieniem jest dla mnie to, że do obiadu zawsze była surówka. - Witamina C oczyszcza organizm - wyjaśnia dr Oleszczuk. Ale czy gotowa surówka ze sklepu też jest zdrowa?


Nowotwory z talerza

Najczęstsze nowotwory w Polsce? – Te od żywności przetworzonej: piersi, jelita grubego i prostaty. Dieta jest pozbawiona błonnika, za to ma nadmiar cukru - mówi ekspert i podaje biologiczne konsekwencje tego, co jemy latami. Co zrobić, gdy mamy niedobory ważnych pierwiastków i witamin? - Wolę dietą uzupełniać braki, bo suplementami bardzo łatwo przeholować - podkreśla dr Oleszczuk.

Strategiczny spokój
W 12. odcinku „Jak zdrowie” nie ma cudownych recept. Jest za to coś cenniejszego: świadomość, że organizm mówi do nas cały czas. Trzeba tylko nauczyć się go słuchać i pamiętać dewizę dr. Oleszczuka: „Nie przejmujemy się tym, na co nie mamy wpływu”. Bo zdrowie to nie obsesja kontroli, tylko umiejętność wybierania tego, co naprawdę ma znaczenie – i odpuszczania reszty.

„Życie to paradoks: masz połączyć jasne z ciemnym”. Katarzyna Miller o zgodzie na radość, która nie jest słodka | „Szczęście dla początkujących” odc. 108 janv. 202601:01:26

- Pesymiści mówią: dobre zawsze mija, złe zawsze wraca, a ja mówię: złe zawsze mija, dobre zawsze wraca - mówi Katarzyna Miller w premierowym odcinku nowego cyklu Zwierciadła „Szczęście dla początkujących", który prowadzi Beata Biały. Bo szczęście nie spada z nieba, nie jest nagrodą za cierpienie ani stanem permanentnym. Psycholożka nie obiecuje cudów, tylko rozbraja nasze fałszywe wyobrażenia o radości. To rozmowa o wewnętrznej zgodzie, dzieciństwie zapisanym w głosie i o momentach „aha”, które bywają ciche, ale zmieniają wszystko.

„Jest to, co jest. I to wcale nie jest banał” – mówi Katarzyna Miller i zdanie to brzmi jak truizm, dopóki nie spróbujemy naprawdę go przyjąć. Nie jako kapitulację, lecz jako punkt wyjścia. W podcaście „Szczęście dla początkujących" wybrzmiewa myśl, że bez wewnętrznej zgody na szczęście nic się nie wydarzy. Bo zgoda oznacza także przyjęcie tego, co nieidealne, chwilami ciemne. Szczęście nie rodzi się w zaprzeczeniu. Rodzi się w realności.

I właśnie tu pojawia się pierwszy paradoks: życie nie dzieli się na jasne i ciemne. Ono je łączy. „Życie jest paradoksem: masz połączysz jasne z ciemnym” – słyszymy. Nie da się wybrać tylko światła. Próba życia w trybie „tylko pozytywnie” kończy się duchową anemią. A czasem – wypaleniem.

Dzieciństwo mówi do nas do dziś. Czasem cicho

„Nigdy dosyć podkreślania wagi dzieciństwa” – podkreśla słynna psycholożka i zdanie to wraca jak refren. Bo to, co mamy wdrukowane na początku, pracuje w nas długo po tym, jak przestajemy być dziećmi. Nie tylko słowa. „Ton głosu jest przekazem. Brak głosu jest przekazem” – mówi Miller..

Beata Biały pyta: co robi z nami przekaz „nie ciesz się na zapas”? Wielu z nas nosi t zdanie w sobie jak wewnętrzny regulator emocji. Nie wychylaj się. Nie raduj za bardzo. Bo los lubi karać. Tyle że taka ostrożność nie chroni przed bólem – ona chroni przed radością. I uczy, że szczęście jest podejrzane.

Smutek jest prosty. Radość wymaga wysiłku

W podcaście mocno wybrzmiewa sprzeciw wobec romantyzowania bólu. - Cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie wyniszcza - mówi Miller. - Nie czyni nas lepszymi ludźmi – czyni nas zmęczonymi. Nie można być zawsze słodkim” - dodaje.

- Smutek jest prosty, a o radość trzeba się postarać? – pyta prowadząca i tłumaczy, że smutek często przychodzi sam, a radość wymaga uważności, pracy, czasem odwagi i dojrzałości. - Bo poczucie szczęścia zmienia się z wiekiem. To, co kiedyś było euforią, dziś bywa spokojem. To, co dawniej ekscytowało, dziś męczy - wyjaśnia psycholożka.

Moment „aha”. Mały błysk, duża zmiana

Czym jest moment „aha”, zwany też wglądem czy insightem? To nie fajerwerk. Raczej cichy klik, po którym już nie da się wrócić do poprzedniego myślenia. Chwila, w której coś się układa – niekoniecznie przyjemnie, ale prawdziwie. I właśnie te momenty są – paradoksalnie – najbliżej szczęścia. Bo są zgodne z nami. - Pesymiści mówią: dobre zawsze mija, złe zawsze wraca. A ja mówię: złe zawsze mija, dobre zawsze wraca - mówi Miller i zachęca, by nie oddawać przyszłości w ręce lęku.

Szczęście nie jest nagrodą. Jest relacją z życiem

Pierwszy odcinek podcastu „Szczęście dla początkujących” zaprasza do uczciwego spojrzenia na siebie. Bez przymusu radości. Z pytaniem: czy naprawdę pozwalam sobie być szczęśliwa, szczęśliwy – na własnych warunkach? Bo szczęście nie jest stanem permanentnym. Jest ruchem. A czasem – chwilą „aha”, która wystarczy, by zacząć od nowa.

„Skrócenie czasu pracy to jak pójść na Mount Everest w klapkach”. Dlaczego pracujemy za dużo i „bez sensu”? | „zaTASKowani 2”, odc. 1307 janv. 202600:31:02

- Spróbujmy wrócić do biur, ale na siedem godzin a nie osiem – proponuje Karolina Norkiewicz, HR-ówa z Klubu Komediowego, w 13. odcinku podcastu „zaTASKowani 2”. Dlaczego firmy boją się skrócenia czasu pracy mimo że są ewidentne znaki naszego wypalenia, a długość pracy nie przekłada się na efektywność, bo jak mówi Róża Szafranek, ekspertka z HR Hints: wystarczy przejść przez kalendarz wysokiego kierownictwa, żeby zaoszczędzić setki tysięcy złotych?

Pracujemy coraz dłużej, coraz częściej i coraz bliżej granicy wypalenia. Kalendarze pękają od spotkań, technologia nie daje się wyłączyć, a elastyczność coraz częściej oznacza tryb always on. W tym samym czasie na świecie trwa cicha rewolucja: coraz więcej krajów i firm skraca czas pracy — nie z ideologii, lecz z konieczności. Bo przepracowanie przestało się opłacać. Czy naprawdę musimy pracować osiem godzin dziennie, skoro wiemy, że to prowadzi do przeciążenia, technostresu i wypalenia?

Spotkania za setki tysięcy złotych

„Najgorsze ćwiczenie świata? Brak spotkań do godziny 14 w poniedziałek” – mówi Róża Szafranek.- Dla wielu pracowników to największy koszmar, bo muszą pomyśleć nad tym, co robią i zaplanować nowe zadania. A bieżączka i spotkania nas karmią - dodaje. Spotkania, które miały pomagać w pracy, stały się jej substytutem.

- Wystarczy przejść przez kalendarz wysokiego kierownictwa, żeby zaoszczędzić setki tysięcy złotych – wyjaśnia Szafranek. Kalendarze pełne są rozmów, które niczego nie przesuwają do przodu, ale skutecznie wypełniają dzień roboczy. To właśnie w takich warunkach łatwo pomylić bycie zajętym z byciem efektywnym — i nie zauważyć, że organizacja systemowo prowadzi ludzi do wypalenia.

Siedem godzin zamiast ośmiu

- Spróbujmy wrócić do biur, ale na siedem godzin, a nie osiem – proponuje Karolina Norkiewicz, komiczka w „Klubie Komediowym” odpowiedzialna tam także za HR. To nie jest hasło o lenistwie, tylko o zdrowiu i sensie pracy. Bo wydłużanie dnia roboczego od lat nie przynosi wzrostu produktywności - za to wyraźnie podnosi poziom stresu.

Nieprzypadkowo właśnie w tym kierunku idą dziś eksperymenty w Europie i na świecie. W Islandii próby ograniczenia tygodnia pracy z 40 do 35–36 godzin bez obniżenia pensji objęły blisko 2,500 osób i przyniosły utrzymanie lub wzrost produktywności, a także znaczną poprawę równowagi między pracą a życiem prywatnym. W Wielkiej Brytanii, w największym dotąd pilotażu 4-dniowego tygodnia pracy, większość firm zdecydowała się na stałe utrzymać krótszy model, odnotowując jednocześnie spadek wypalenia i wyższe zadowolenie z życia. Podobnie Microsoft w Japonii wprowadził eksperyment „Work Life Choice Challenge”: krótszy tydzień pracy przyniósł ok. 40 proc. wzrost produktywności, mniejsze zużycie zasobów biurowych i lepszą satysfakcję zespołu.

Jednak Szafranek studzi optymizm:„Skrócenie czasu pracy jest jak pójście na Mount Everest w klapkach”. Bo sama zmiana liczby godzin nie wystarczy. Jeśli nie skrócimy spotkań, nie uprościmy procesów i nie zmienimy stylu zarządzania, to krótszy dzień pracy stanie się tylko bardziej skompresowanym chaosem.

„Pracujemy dużo i bez sensu” – mówi Szafranek wprost. I podaje przykład organizacji, które po zmniejszeniu zespołów nawet o 1/3 nie odnotowały spadku wyników. To moment, w którym pada najtrudniejsze pytanie: jeśli wyniki się nie pogorszyły, to co dokładnie robiliśmy wcześniej przez te wszystkie godziny?

Nadgodziny, których nie widać

Problem w Polsce polega na tym, że czas pracy i tak dawno przestał kończyć się po ośmiu godzinach. Ponad 70 proc. Polaków zagląda do służbowej poczty poza godzinami pracy.

„Wskaźnikiem wypalenia jest to, że jak jedziesz na urlop, to chorujesz” – mówi Szafranek. To sygnał, że ciało przez długi czas funkcjonowało ponad normę.

Bo dziś prawdziwym benefitem nie jest owocowy czwartek ani nowa aplikacja do zarządzania zadaniami.

„Budowle w Machu Picchu są bardziej spektakularne niż piramidy”. Mariusz Lewicki o Peru nie z pocztówki, gdzie Polaków wciąż się lubi | „Rzecz gustu”, odc. 530 déc. 202500:48:32

– Jeśli chcesz coś załatwić w Peru, warto powiedzieć: jestem z Polski, z kraju Jana Pawła II – nie jestem gringo – mówi Mariusz Lewicki, podróżnik i pilot wypraw do Ameryki Południowej, w czwartym odcinku podcastu „Rzecz gustu”, prowadzonego przez Maxa Cegielskiego. Peru od lat rozpala wyobraźnię podróżników. Machu Picchu trafia na listy marzeń, a media społecznościowe zalewają kadry z Andów. Co jednak kryje się za tym ikonicznym obrazem? I dlaczego jest to kraj, który wymaga pokory – nie tylko dobrej kondycji? Sponsorem podcastu jest biuro turystyki ZNP Logos Tour, organizator wypraw na siedem kontynentów

Machu Picchu – punkt zero masowej wyobraźni

Machu Picchu to bez wątpienia globalny magnes. Jedno z tych miejsc, które znają nawet ci, którzy nigdy nie byli w Ameryce Południowej. Mariusz Lewicki szybko jednak studzi romantyczne wizje. W praktyce to intensywna, jednodniowa wyprawa logistyczna: spektakularna trasa kolejowa, autokar do Machu Picchu Pueblo i wreszcie piesze przejście wśród ruin. Tempo narzucone, tłumy nieuniknione.

Max Cegielski z przekorą zauważa, że zabudowania Machu Picchu mogą wydawać się bardziej spektakularne niż piramidy. Być może dlatego, że nie są samotnym monumentem na pustyni, lecz częścią pejzażu – wtopione w góry, zawieszone między chmurami. To architektura, która nie dominuje natury, ale prowadzi z nią dialog.

Cusco – serce, które bije wolniej

Dla Mariusza Lewickiego prawdziwa miłość do Peru zaczyna się gdzie indziej.

– Cusco to moje ulubione miejsce w Ameryce Południowej – mówi bez wahania.

Dawna stolica Inków to miasto nałożonych na siebie warstw historii – rdzennej i kolonialnej. To tutaj Peru przestaje być atrakcją, a zaczyna być doświadczeniem. Rytm miasta zwalnia, rozmowy stają się dłuższe, a kontakt z lokalną kulturą – mniej turystyczny, bardziej prawdziwy.

Cusco pozwala też zrozumieć jedną z podstawowych prawd o Peru.

– To kraj trudny: choroba wysokościowa, wyzwania logistyczne, silne kontrasty społeczne. W takiej rzeczywistości biuro podróży, takie jak Logos Tour, przestaje być luksusem, a staje się polisą bezpieczeństwa – podkreśla Lewicki. – Brak aklimatyzacji to jeden z najczęstszych błędów turystów, którzy chcą „zaliczyć” wszystko szybko. Peru wymaga czasu i uważności na własne ciało.

Gotowy, przemyślany program i doświadczony pilot okazują się kluczowe.

Język – klucz do bycia gościem

Lewicki dzieli się prostą, ale znaczącą radą: warto nauczyć się kilku słów po hiszpańsku. Angielski wciąż kojarzony jest z USA i automatycznie ustawia turystę w roli gringo. On sam, chcąc coś załatwić, mówił, że jest z Polski – z kraju Jana Pawła II. Ten kulturowy kod działał: otwierał rozmowy, skracał dystans.

Ten drobny szczegół wiele mówi o Peru – kraju, w którym relacje bywają ważniejsze niż procedury, a tożsamość kulturowa ma realną wagę.
Boliwia – dopełnienie opowieści

Czy będąc w Peru, warto pojechać dalej – do La Paz w Boliwii? Zdecydowanie tak. To kolejny etap wtajemniczenia: jeszcze wyżej, jeszcze intensywniej, jeszcze mniej komfortowo, ale też bardziej prawdziwie. Rozwarstwienie społeczne widoczne w obu krajach to element podróży, który zostaje w pamięci najdłużej.

Od Paddingtona do Andów

Na finał rozmowy pojawia się niespodziewany bohater – miś Paddington. Mało kto pamięta, że ten brytyjski symbol ma peruwiańskie korzenie. To drobna ciekawostka, która dobrze domyka opowieść. Peru istnieje w naszej zbiorowej wyobraźni od dawna – często nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Odcinek „Rzecz gustu” z Mariuszem Lewickim nie jest pocztówkową laurką. To opowieść o podróży, która wymaga przygotowania, cierpliwości i otwartej głowy. O Peru, które nagradza tych, którzy chcą zobaczyć więcej niż tylko Machu Picchu.

Sponsorem podcastu jest biuro turystyki ZNP Logos Tour – organizator wypraw na siedem kontynentów.

„Po śmierci ojca byłem przez długie lata zamrożony”. Michał Czernecki o żałobie i „metodzie Leszka Lichoty” na życie | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 1123 déc. 202501:24:06

- W życiu mężczyzny matka nie jest tak potrzebna, jak ojciec". Widuje się takich panów, którzy zostali z mamami: są z reguły obli i bladzi, jakby umarli za życia - mówi Michał Czernecki w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem". W rozmowie z Beatą aktor mówi o stracie ojca bez sentymentalizmu i bez taryfy ulgowej. O latach emocjonalnego zastoju i o tym, że żałoba nie jest wyłącznie rozpaczą, ale także ulgą.

Mężczyźni rzadko opowiadają o żałobie wprost. Częściej ją odkładają, zamrażają, obchodzą bokiem. Zastępują ją pracą, ironią, ruchem do przodu. W rozmowie z Beatą Biały w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem" Michał Czernecki mówi o stracie ojca bez patosu i bez obronnych gestów.

Żałoba nie ma terminu ważności

- Po śmierci ojca byłem przez długie lata zamrożony. Żałobę przeżyłem z odroczeniem - mówi aktor i trafia w sam środek męskiego sposobu radzenia sobie ze stratą. Najpierw funkcjonować. Potem, ewentualnie, poczuć. A czasem nie poczuć wcale.
Czernecki opowiada o momencie, który przyniósł pęknięcie. O filmie „Siedem minut po północy”. - Przepłakałem cały. Nie wiem, czy to nie najważniejszy film w moim życiu. Pomógł mi przeżyć żałobę - wyznaje. Kino stało się bezpieczną przestrzenią dla emocji, które przez lata nie miały gdzie się ujawnić. Nie terapia, nie rozmowa, nie racjonalizacja. Obraz. Historia. Cudza opowieść, która nagle okazała się własną.
Żałoba nie kończy się jednym momentem. Czasem wraca po latach. Czasem potrzebuje filmu, zdania, przypadkowej sceny, by się ujawnić.

„Jakby umarli za życia”

- W życiu mężczyzny matka nie jest tak potrzebna jak ojciec - mówi Czernecki prowokacyjnie. - Widuje się takich panów, którzy zostali z mamami. Są z reguły obli i bladzi, jakby umarli za życia - dodaje i opowiada o braku męskiego punktu odniesienia. O nieobecności, która zostawia pustkę trudną do nazwania, a jeszcze trudniejszą do przepracowania. Ojciec w tej narracji nie jest ideałem ani bohaterem. Jest kimś, wobec kogo można się określić, nawet poprzez sprzeciw. Gdy go brakuje, mężczyzna często latami nie wie, kim jest.

- Gdy rodzic umiera na chorobę terminalną, rozrywają cię dwa wektory. Jeden, żeby to się nie stało, a drugi, żeby już się skończyło - mówi Czernecki przytaczając wątki ze wspomnianego filmu „Siedem minut po północy”. Takie wyznanie rzadko pada publicznie, bo jest niewygodne. A przecież zna je każdy, kto towarzyszył komuś w długim odchodzeniu.
Żałoba zaczyna się dużo wcześniej niż w dniu pogrzebu. Zaczyna się w szpitalnych korytarzach, w oczekiwaniu na telefon, w zmęczeniu czuwaniem. I właśnie wtedy pojawia się uczucie, o którym wstyd mówić. Żałoba to nie tylko rozpacz i żal, ale też ulga, przyznaje Czernecki. Ulga, że cierpienie się kończy. Że napięcie opada. Że można przestać się bać kolejnego dnia.

Kto tu komu robi dobrze?

Rozmowa z Beatą Biały dotyka także innego obszaru. Wrażliwości, która nie zawsze spotyka się z empatią. - Zdarzają się ludzie, którzy chcą ciebie i twoją wrażliwość wykorzystać - mówi Czernecki bez złudzeń.
Opowiada o własnym mechanizmie obronnym. Stosuję wtedy tzw. metodę wagi Leszka Lichoty. - Kto tu komu robi dobrze - zawsze pytam. Bo dojrzałość emocjonalna nie polega na tym, by być otwartym wobec wszystkich. Polega na tym, by wiedzieć, komu i ile można odsłonić.
Odcinek podcastu „Mężczyzna jest człowiekiem” z Michałem Czerneckim przypomina, że emocjonalne odroczenie nie czyni straty mniej realną. Przeciwnie. Ona czeka, aż znajdzie ujście. I że męskość nie polega na tym, by nie płakać. Polega na tym, by w końcu pozwolić sobie na łzy. Nawet jeśli przychodzą późno. Nawet jeśli przychodzą siedem minut po północy.

„Najtrwalsze związki to te, które wyrosły z przyjaźni”. Jak przestać traktować relacje jako wszystko albo nic? | Szkoła zaufania odc. 223 déc. 202500:49:18

Czy na zaufanie naprawdę trzeba zasłużyć? Czy musi być nagrodą za dobre zachowanie, dowodem lojalności albo efektem testów zdanych na piątkę? W drugim odcinku podcastu Sztuka zaufania Magdalena Kuszewska rozmawia z dr Agnieszką Kozak o zaufaniu nie jako walucie w relacjach, lecz jako świadomym wyborze. Takim, który niesie ryzyko, ale bez którego nie ma bliskości. To rozmowa o lęku przed zranieniem, o kontroli ukrytej pod hasłem ostrożności oraz o tym, dlaczego dojrzałe zaufanie nie ma nic wspólnego z naiwnością.

Zaufanie nie jest nagrodą

Czy naprawdę musimy mówić: „zaufam ci, dopiero gdy się sprawdzisz”? Dr Agnieszka Kozak proponuje inne ustawienie relacji. W słowie relationship kryje się podróż — uczenie się i wybieranie siebie nawzajem, a nie zasługiwanie. Zaufanie nie jest kontraktem, który podpisujemy po spełnieniu warunków. Jest darem, który dajemy drugiej osobie bez gwarancji sukcesu, ale z intencją relacji.

Kiedy traktujemy zaufanie jak nagrodę, szybko wpadamy w tryb transakcyjny: dam ci kredyt zaufania, ale tylko jeśli mnie nie zawiedziesz. To podejście może dawać chwilowe poczucie bezpieczeństwa, lecz długofalowo buduje dystans, a nie więź.

Skąd bierze się potrzeba kontroli

Brak zaufania bardzo często nie wynika z realizmu, lecz z lęku. Doświadczenia odrzucenia, często sięgające dzieciństwa, zamykają nas w dualizmie: wszystko albo nic. Idealizacja albo wycofanie. Relacje zamiast być tworzone, zaczynają być odtwarzane według starych schematów.

Dr Kozak nazywa to wprost: brak zaufania bywa formą kontroli. Próbą zabezpieczenia się przed bólem. Tyle że kontrola nie chroni przed zranieniem — chroni jedynie przed bliskością. A bez niej relacje stają się płaskie, funkcjonalne i emocjonalnie jałowe.
Bombka pod choinką, czyli o kruchości

Dojrzałe zaufanie jest jak bombka pod choinkę — mówi dr Kozak. Piękne, delikatne i kruche. Nie można na nim zawiesić całego ciężaru relacji ani oczekiwać, że nigdy nie pęknie. Przestańmy traktować relacje w kategoriach „wszystko albo nic”.

Zaufanie jest wielowymiarowe. Możemy ufać komuś w jednej sferze, a w innej potrzebować więcej czasu. To nie jest porażka. To realizm — i ważny krok od czarno-białego myślenia ku dojrzałości.

Przyjaźń jako najgłębsza forma zaufania

Najtrwalsze związki to te, które wyrosły z przyjaźni — podkreśla dr Kozak. Przyjaźni rozumianej nie jako miły dodatek, lecz jako bycie przy czyjejś jaźni, przy tym, co najbardziej prawdziwe. To relacja, w której nie trzeba nieustannie udowadniać swojej wartości.

W takim układzie łatwiej przyjąć, że nawet najbliższa osoba czasem zachowa się krzywdząco. Nie dlatego, że chce zranić, lecz dlatego, że jest człowiekiem. Dojrzałe zaufanie nie polega na zaprzeczaniu temu faktowi, ale na gotowości do rozmowy i sprawdzania zamiast domyślania się.

Między naiwnością a dojrzałością

— Możemy iść w dojrzałe zaufanie albo w naiwność — mówi dr Kozak. — Różnica jest zasadnicza. Naiwność zakłada brak ryzyka. Dojrzałe zaufanie ryzyko uwzględnia. Wie, że zaufanie może zostać nadwyrężone, ale nie traktuje tego jako dowodu, że nigdy nie należało go dawać.

— Miłość jest ślepa, a małżeństwo to najlepszy okulista — dodaje Kozak z ironią. Z czasem widzimy więcej. I właśnie wtedy zaufanie przestaje być iluzją, a zaczyna być świadomą decyzją.

Odpuszczenie jako akt odwagi

W rozmowie pojawiają się także przykłady z życia, w których odpuszczenie kontroli przyniosło coś dobrego. Chwile, gdy zamiast czekać, aż ktoś się sprawdzi, wybieramy zaufanie tu i teraz. Nie jako gwarancję szczęścia, lecz jako warunek bliskości.

Sztuka zaufania w tym odcinku nie oferuje prostych recept. Oferuje zaproszenie do zmiany perspektywy. Zaufanie nie jest nagrodą ani kontraktem. Jest ryzykiem, które podejmujemy, bo bez niego nie ma relacji. A relacja zawsze jest podróżą bez mapy.

„Pracując jako wokalistka, jestem na trzech etatach co najmniej”. Zuza Baum o pieniądzach w sztuce i o tym, dlaczego śpiewanie „za obiad” psuje rynek | „Ukryte piękno”, odc. 1722 déc. 202500:39:42

– Wycenić swoją wrażliwość? To bardzo trudne, jakby stanąć nago na scenie – mówi Zuza Baum, wokalistka i ambasadorka programu VeloTalent. O pieniądzach w sztuce wciąż rozmawia się niechętnie. Jakby samo pytanie o zarabianie odbierało twórczości sens, a artystom – duszę. W najnowszym odcinku podcastu „Ukryte piękno” temat finansów zostaje jednak wyciągnięty przez prowadzącą rozmowę Annę Augustyn-Protas, na światło dzienne. Bez wstydu i bez romantycznych złudzeń. Zuza Baum oraz Maciej Płachno z VeloBanku rozmawiają wprost o tym, z czego żyją dziś artyści w Polsce, dlaczego w praktyce są jednoosobowymi firmami i czemu nowoczesna bankowość coraz lepiej rozumie świat wrażliwości. Sponsorem odcinka jest VeloBank, oferujący program grantowy dla artystów – VeloTalent.

Wycenić wrażliwość, czyli najtrudniejsza lekcja

– W szkołach muzycznych nie uczą nas, jak zarabiać pieniądze – mówi Zuza Baum. – Uczą emisji głosu, harmonii, interpretacji. Nikt nie tłumaczy, jak wystawić fakturę, jak negocjować stawki, jak odmówić grania „za obiad”.

Moment wyceny własnej pracy bywa dla artystów najbardziej obnażający. – Jakbym stanęła nago na scenie – przyznaje. I przywołuje sytuacje doskonale znane środowisku kultury: zdziwienie organizatorów, komentarze w stylu „dziesięć tysięcy za pół godziny na scenie?”, oczekiwanie, że występ będzie formą przysługi albo hobby. – Artyści nie mogą się już na takie warunki godzić, bo to zwyczajnie psuje rynek – mówi Baum.

Z czego żyją twórcy? Granty, mecenaty i wyszukiwarka

– Muzycy są przedsiębiorcami – mówi bez wahania. – Pracując na własny rachunek, jestem na trzech etatach co najmniej. Jestem twórczynią, menedżerką, księgową, promotorką i logistykiem.

To model pracy coraz powszechniejszy także poza światem kultury, ale to artyści zostali w niego wrzuceni najwcześniej – bez systemowych zabezpieczeń i stabilności. Maciej Płachno, dyrektor departamentu produktu dla klientów biznesowych w VeloBanku, podkreśla, że bankowość zaczyna dostrzegać tę specyfikę. – Bank to dziś nie tylko konto czy kredyt, ale realne wsparcie w budowaniu stabilności tam, gdzie dochody są projektowe, sezonowe i nieregularne – mówi.

Na pytanie o źródła utrzymania nie ma jednej odpowiedzi. – Trzeba wpisać w wyszukiwarkę: „szukam grantu” – mówi Zuza z uśmiechem.

VeloTalent: bank jako partner, nie mecenas z afisza

W tym kontekście program VeloTalent pojawia się jako próba zmiany perspektywy. To nie klasyczny sponsoring oparty na widoczności logo, ale model partnerski, w którym bank towarzyszy artyście w procesie – także wtedy, gdy projekt ewoluuje. – Swój plan wydania płyty zmieniałam już pięć razy i VeloBank za tym podążał. Tu nie podpisuje się cyrografu – podkreśla Zuza Baum.

Program obejmuje nie tylko granty, ale również dostęp do szkoleń z zakresu finansów, prawa i organizacji pracy. Korzysta z nich nie tylko sama artystka, lecz także jej zespół. Wiedza przestaje być dodatkiem – staje się warunkiem przetrwania w zawodzie, który wymaga elastyczności i samodzielności.

„Ukryte piękno” tego odcinka polega na czymś innym: na zdjęciu z pieniędzy tabu. Na pokazaniu ich jako narzędzia wolności, a nie jej zaprzeczenia. I na uznaniu, że bank, który rozumie artystów jako przedsiębiorców, przestaje być instytucją z innego świata. Zaczyna być jednym z elementów realnego ekosystemu kultury.

Sponsorem odcinka jest VeloBank, oferujący program grantowy dla artystów VeloTalent.

Finansowanie w formie leasingu oferowane jest przez VeloLeasing S.A., która jest spółką z grupy kapitałowej VeloBank S.A. Szczegóły oferty leasingu są dostępne na stronie www.veloleasing.pl. Decyzję o zawarciu umowy leasingu VeloLeasing S.A. poprzedza oceną zdolności do wykonywania przez klienta zobowiązań z niej wynikających. Szczegóły oferty produktowej dla klientów indywidualnych i firmowych, w tym opłaty i prowizje, dostępne na stronie velobank.pl.

„Lubię introwertyków”. Kogo jeszcze lubi Maciej Maleńczuk i co jest celem człowieka? | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 1018 déc. 202500:32:05

- Gdybym był człowiekiem bezdzietnym, to miałbym ze dwa wyroki na koncie - mówi Maciej Maleńczuk w drugiej części rozmowy z Beaty Biały w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem”. Jednak, jak mówi, to kobiety są bardziej agresywne. Nie ma już pozy ani prowokacji dla samej prowokacji. Jest zmęczenie, jest ironia, jest brutalna szczerość.


Maciej Maleńczuk mówi o córkach, starzeniu się, kobietach, agresji i śmierci. Bez autocenzury. To opowieść o mężczyźnie, który wie, że nie jest łatwy ani dla świata, ani dla siebie.


W oczach córek jestem prawicowy

Maleńczuk nie buduje legendy ojcostwa. Nie idealizuje. Mówi wprost. - Gdybym był człowiekiem bezdzietnym, miałbym dziś na koncie co najmniej dwa wyroki. Córki nauczyły mnie granic. Poza tym relacja córka-ojciec to jest czuła relacja. Nie zdarzyło mi się krzyczeć na dzieci - dodaje i podaje sytuację, która stanowiła jeden wyjątek. - W oczach córek jestem prawicowy - mówi. Jak to się u niego objawia?

Maleńczuk zawsze był osobny. - Lubię introwertyków - mówi. W ustach scenicznego prowokatora może to zaskakuje, ale jednak pasuje. Nieufny wobec zbiorowych uniesień. W rozmowie z Beatą Biały wyraźnie daje do zrozumienia, że tłum go męczy. Nadmiar emocji męczy. Moralna histeria męczy.
Introwersja jawi się tu jako forma obrony. Przed światem, który domaga się jasnych deklaracji i szybkich ocen.


Pokora, zwierzęta i „ładne panienki”

Gdy mówi, że kobiety są bardziej agresywne od mężczyzn - co wybrzmiało już w pierwszej części tej rozmowy „Potrafiłem być wierny kochance”. Maciej Maleńczuk o wojnie płci, kobiecej perfidii i starości - nie robi tego, by wywołać skandal. Raczej by zakwestionować uproszczone narracje. W jego opowieści agresja nie ma płci. Ma kontekst. Ma historię. Ma temperaturę emocjonalną.


Maleńczuk mówi o sobie, że ma dużo pokory. To zdanie mogłoby brzmieć jak żart, gdyby nie ton, w jakim pada. Pokora nie oznacza tu skromności. Raczej zgodę na własne ograniczenia. Na starzenie się. Na to, że pewnych bitew już nie warto toczyć.
- Lubię zwierzęta i ładne panienki - mówi, jakby chciał zaznaczyć, że nie zamierza się całkowicie wygładzić. Że człowiek pozostaje człowiekiem, nawet gdy bardzo by chciał być lepszą wersją siebie.
Najmocniejsze zdanie tej rozmowy pada niemal mimochodem w kontekście pytania o to, co jest celem człowieka. W tej części rozmowy Maciej Maleńczuk nie próbuje się rehabilitować ani rozliczać. Raczej porządkuje własną opowieść. Mężczyzna jest człowiekiem. Niedoskonałym. Sprzecznym. Czasem nieznośnym. Ale żywym. I świadomym końca.
Uwaga, ta rozmowa nie daje ulgi, ale daje prawdę.


„Potrafiłem być wierny kochance”. Maciej Maleńczuk o wojnie płci, kobiecej perfidii i starości | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc.911 déc. 202500:51:12

- Perfidia i knucie to cechy damskie. I ja je w sobie też mam - gdy Maciej Maleńczuk mówi o sobie, kobietach i męskości, nie dostajemy gładkiej opowieści o dojrzewaniu. Dostajemy człowieka, który od lat idzie po omacku, czasem z gitarą, częściej z własnymi demonami. W podcaście Mężczyzna jest człowiekiem odsłania świat pełen sprzeczności. Tu męskość jest i walką, i wstydem, i dumą. Jest historią z bliznami, które wracają w najmniej oczekiwanym momencie.

Maleńczuk mówi, jak to on, bez ceregieli. Męskość to dla niego walka. Nie metafora, lecz organiczne zmaganie z sobą samym. Chłopcy płaczą, przyznaje, ale tylko wtedy gdy sytuacja rzeczywiście dociska do ściany. Nie dlatego że ktoś tak powiedział w poradniku psychologicznym. Raczej dlatego że w każdym mężczyźnie siedzi jakiś stary pies, który wytrzymuje długo, a potem nagle puszczają mu nerwy.

Męskość jako walka

W jego opowieści męskość nie ma jednego kształtu. Jest ulepiona z wątpliwości, z niechęci do sentymentalizmu, z odwagi do przyznania się że coś boli. - Starość u mnie wygląda tak, że co chwila mi się przypominają jakieś syfy z życia - rzuca mimochodem. I w tej prostocie jest cały program antyheroicznej męskości. Bez pozłoty, bez pancerza.

Wojna płci i cała reszta

Maleńczuk nie ma złudzeń. Świat kobiet i mężczyzn nie zawsze się dogaduje. - Jest wojna płci - mówi. I słychać w tym nie tyle mizoginię, ile raczej doświadczenie człowieka który wiele razy próbował ustawić swoje życie, a ono i tak ustawiał ostatecznie jego.

- Niejedna kobieta to prawdziwa piekielnica. Perfidia i knucie to cechy damskie i ja je w sobie też mam - dodaje z przekąsem i obnaża mechanizm który w nim działa. Mężczyzna nie jest z Marsa, kobieta nie jest z Wenus. Jesteśmy z jednego bałaganu psychicznego, który każdy próbuje przeżyć we własnym rytmie. - Kobiety są bardzo subiektywne - rzuca, a przecież to zdanie opisuje też jego samego. Subiektywność, emocjonalność, impulsywność nie są tu domeną jednej płci. Są elementami wspólnego ludzkiego losu.

Szołbiznes, alkohol i cena błyskotek

Maleńczuk łamie też wygodne stereotypy o uzależnieniach. - Od alkoholu nie uzależniłem się na ulicy, ale na balangach w szołbiznesie, - mówi i trafia w sedno opowieści o męskości współczesnej, która tak często udaje odporność, a w praktyce pęka właśnie tam gdzie świeci najjaśniej. Artysta ma świadomość tego, że sukces bywa śliski jak lustro w klubowej łazience, a mężczyzna w błysku fleszy może się posypać szybciej niż myśli. Gorzka, ale prawdziwa lekcja.

Związki, dzieci i klęska kochanek

Kiedy rozmowa schodzi na związki, Maleńczuk rysuje obraz brutalnie szczery. Fundamentem jego relacji zawsze było rodzicielstwo. - Jak masz dzieci to masz kilka miłości, a kochanka to jedna miłość - mówi. - Wiele kochanek nie mogło uwierzyć, że przegrywa z moją starą. Wszystkie poniosły klęskę - przyznaje. Wypowiedziane surowo, niemal reportersko, brzmi jak bilans poniesiony na własnej skórze. Jednocześnie natychmiast dorzuca, że potrafił być wierny kochance. Paradoks? Raczej kolejny ślad po życiu, które nie układa się w równą linię logiczną, tylko w sinusoidę pragnień, nudy, poczucia obowiązku i ucieczek.

Mężczyzna, który zostaje człowiekiem

W świecie Maleńczuka męskość nie jest projektem do wykonania. Jest procesem, którego nie da się zamknąć w definicji ani zamrozić w modnych pojęciach. To męskość, która się wymyka. Raz jest gniewna, raz melancholijna. Raz chroni, raz rani. Raz buduje, raz niszczy.

Może właśnie dlatego w jego opowieściach jest siła. Bo wbrew pozorom to historia o człowieku który nie udaje, że jest stabilny. Przyznaje, że pamięć dokucza, że ego szarpie, że lęk potrafi pokazać pazur. A jednak trzyma kurs. Może krzywy, może nieoczywisty, ale własny.

I tu, paradoksalnie, wracamy do tytułu podcastu. Mężczyzna jest człowiekiem, a człowiek to istota w ciągłej naprawie. Właśnie dlatego te rozmowy mają sens. W tym bałaganie jest prawda. Nie zawsze ładna, ale zawsze żywa.

 

„Przewalać czas na zebraniach dla 10 osób za 100 tys. to wolno". Czy w pracy liczy się tylko ego? | „zaTASKowani 2”, odc. 1210 déc. 202500:36:22

- Łatwo machnąć trzygodzinne spotkanie z 10 osobami, które kosztuje 100 tys. złotych, a organizuje je ktoś, komu nie wolno wydać 500zł - mówi Róża Szafranek, ekspertka od HR w 12. odcinku podcastu „zaTASKowani 2” i otwiera drzwi do rzeczywistości, w której firmy wypisują swoje wartości na ścianie, a technologia, która miała nas uwolnić, tylko przyspiesza wyciek energii, granic i sensu. Badania potwierdzają: Polska bije europejskie rekordy technostresu, hybryda częściej wykańcza niż pomaga, a pracownicy tkwią w wiecznym „tak, ale”, jak zauważa komiczka Karolina Norkiewicz.

„Dla każdego pracownika najważniejsze jest jego własne ego” – mówi w 12. odcinku „zaTASKowanych 2” Róża Szafranek, założycielka HR-hints. Ten odcinek to sygnał alarmowy dla wszystkich, którzy żyją w trybie always-on – nawet wtedy, gdy próbują spać. O tym rozmawiamy w nowym odcinku podcastu „zaTASKowani 2” z Różą, założycielką HR Hints, oraz Karoliną Norkiewicz, komiczką z Klubu Komediowego i współscenarzystką serialu „The Office PL”.

Techno-codzienność, czyli kiedy praca wchodzi do łóżka

Z raportu Focus on Business / Pro Progressio dotyczącego technologii w środowisku pracy wynika, że ponad 73 procent Polaków sprawdza służbową pocztę poza godzinami pracy, a 1/3 robi to kilka razy dziennie. Do tego ponad połowa badanych deklaruje narastającą inwazyjność technologii, a 1/3 twierdzi, że technologia bardzo mocno zaburza równowagę między życiem a pracą.

Brzmi znajomo? Róża Szafranek nie traci czasu na eufemizmy: „większość rzeczy w firmach jest na gębę”. W takim środowisku aplikacje przestają być narzędziami – stają się nadrzędnymi strażnikami naszej codzienności.

Badania pokazują, że model hybrydowy generuje wyższy poziom technostresu niż praca wyłącznie zdalna lub stacjonarna. Ciągłe przełączanie się między dwoma rytmami dnia, dwoma kulturami pracy, dwoma oczekiwaniami – to obciążenie nie do przecenienia.

Cham, który nie włącza kamerki

Według raportu ADP People at Work 2023/2024 pracownicy zdalni o 1/3 częściej obawiają się utraty pracy niż ci w biurze lub hybrydzie. A 1/4 z nich uważa, że są bardziej monitorowani niż pracownicy stacjonarni. W takich warunkach firmy powinny zadbać przede wszystkim o klarowną komunikację, ale często tak się nie dzieje, a pracownicy dowiadują się o błędach post factum. - Człowiek słyszy: jesteś chamem, bo trzy razy nie włączyłeś kamerki na callu. Gdzie twoja kultura osobista? Nie ma czegoś takiego jak kultura osobista. Jak wymagasz włączania kamerek na spotkaniach, to powiedz to ludziom” – mówi Szafranek i pokazuje sedno problemu: technologia nie jest stresująca sama w sobie. Stresujące są oczekiwania bez komunikacji, zasady niejasne, polecenia nieformalnie domniemane, a potem egzekwowane jak świętość.

„Tak, ale”

Raport NFON / Statista Q 2022 umieszcza Polskę w ścisłej europejskiej czołówce technostresu: 1/4 Polaków doświadcza go na co dzień, co trzeci pracownik narzeka na zatarcie granic między życiem a pracą, a 40 procent chce wyraźnego oddzielenia tych sfer – to najwyższy wynik w Europie.

A jednak firmy nadal zaklejają ściany deklaracjami. - Najgorzej, jak wartości firmy są wywieszone na ścianach, jak widzę np., że wisi„ komunikacja”, to wiem, że właśnie w tej firmie jej nie ma, a pracownicy mówią: komunikacja? Nie wiem nawet jak mój szef się nazywa, bo go już trzy razy zmienili i nie pofatygowali się mnie poinformować - tłumaczy. - Ludzie słyszą, że u nas w firmie można popełniać błędy, a następnego dnia pracownicy za błędy są zwalniani. To powoduje, że boją się podejmować ryzyko czy zgłaszać pomysły - dodaje Szafranek. - Często też w samych spotkaniach tzw. kreatywnych wcale nie chodzi o wybór najlepszego pomysłu, bo szef przychodzi z gotowym rozwiązaniem, a ty słyszysz: podoba mi się twój pomysł, ale... To „tak, ale” powoduje, że odechciewa się kreatywności - mówi Karolina Norkiewicz i proponuje alternatywę do tego komunikatu.

- Chcemy pracować z ludźmi, którzy mają małe ego, ale wysoką samoocenę - puentuje Szafranek.


„Wmawia się nam, że mamy znać odpowiedź na każde pytanie”. Dr Agnieszka Kozak o tym, że jedno słowo może nas zamrozić na lata | „Szkoła zaufania" odc. 109 déc. 202500:53:32

- Lubię takie zdanie, że życie jest zawsze po naszej stronie, ale nie zawsze po naszej myśli - mówi psychoterapeutka, dr Agnieszka Kozak w premierowym odcinku nowego podcastu Zwierciadła „Szkoła zaufania". Tylko jak je wcielić w życie? Co to znaczy zaufać życiu w czasach, w których każde wahnięcie rynku, nastrojów społecznych czy własnej biografii potrafi zburzyć misternie ustawiony plan? Dlaczego samo słowo zaufanie brzmi dla wielu jak luksus, na który nie ma przestrzeni w świecie, gdzie wszystko trzeba przewidzieć i zabezpieczyć?

Pierwszy odcinek podcastu „Sztuka zaufania” otwiera rozmowę o odwadze, która nie polega na zaciskaniu zębów, lecz na umiejętności powiedzenia nie wiem i pielęgnacji w sobie ciekawości, w miejsce zamrożenia, które u wielu z nas pojawia się w wyniku zawstydzających doświadczeń.

Czym właściwie jest egzystencjalne zaufanie

Zaufanie do życia brzmi jak slogan z poradnika, który świetnie sprzedaje się w księgarniach, ale trudniej przełożyć go na codzienność. W rozmowie Magdaleny Kuszewskiej z dr. Agnieszką Kozak pojawia się pojęcie egzystencjalnego zaufania. To nie jest ufność w ludzi, instytucje czy nawet własne kompetencje. To zgoda na to, że życie ma swój rytm, logikę i dynamikę, którą możemy współtworzyć, ale której nigdy nie kontrolujemy do końca. Dr Kozak przypomina że nam się wmawia że mamy znać odpowiedź na każde pytanie, a jeśli jej nie znamy to znaczy że coś jest z nami nie tak. Tymczasem zaufanie egzystencjalne zakłada że czegoś nie wiem bo ja mam ciekawość. Niepewność nie jest więc wadą konstrukcyjną człowieka lecz warunkiem ruchu.

To wcale nie jest proste. - Przyznanie się do tego że w życie wpisana jest niewiedza to prawdziwa odwaga - mówi terapeutka. W kulturze która premiuje pewność, wiedzę, kompetencję i ciągłą gotowość do działania, zdanie mam prawo czegoś nie wiedzieć brzmi prawie jak bluźnierstwo. Ale to właśnie ono otwiera przestrzeń na relację z życiem, a nie nieustanne zarządzanie nim jak projektem o wysokiej priorytetowości.

Lęk jako hamulec i nauczyciel

Lęk przed przyszłością nie jest objawem słabości. Jest sygnałem że chcemy mieć wpływ na to co nas spotka, tylko brakuje narzędzi kontroli. Tyle że kontrola w pewnym momencie staje się więzieniem. Kozak zauważa że w pewnym momencie przestajemy eksplorować życie bo musimy mieć pewność. Zamiast smakować kolejne etapy egzystencji zaczynamy je projektować tak jakby były linią produkcyjną.

Magdalena wtrąca, że jedno słowo może nas zamrozić. W odpowiedzi dr Kozak opowiada, jak podczas lekcji śpiewu sama odkryła to zamrożenie na sobie. Bo wystarczy komunikat który budzi w nas wstyd lub strach i nagle wszystkie wewnętrzne zasoby przestają płynąć. Zaufanie nie oznacza więc braku lęku, lecz umiejętność jego odczytywania. Życie nie wymaga od nas byśmy byli niewzruszeni. Wymaga byśmy się nie zawiesili na tym co nas przestraszyło. To ruch i przepływ są dowodami że nadal jesteśmy w kontakcie ze światem.

Zapraszamy na nowy podcast „Sztuka zaufania”. To sztuka świadomej rezygnacji z iluzji, że wszystko da się zaplanować. I może właśnie w tej rezygnacji rodzi się najgłębsza forma wewnętrznego piękna. Nie efektowna, lecz prawdziwa, która sprawia, że nawet, kiedy nie wiemy dokąd zmierzamy, potrafimy pozostać w ruchu.

 

„Większe ryzyko raka piersi jest, gdy kobieta pije dwa kieliszki wina dziennie”. Dr Tadeusz Oleszczuk o tzw. złotej zasadzie przy HTM | „Jak zdrowie”, odc. 1103 déc. 202500:45:53

Choć 80 procent kobiet przechodzi menopauzę źle, a 20 procent bardzo źle, tylko kilka procent w Polsce decyduje się na hormonalną terapię menopauzalną. Dlaczego? W 11. odcinku podcastu Jak zdrowie Anna Augustyn-Protas rozmawia z dr. Tadeuszem Oleszczukiem – ginekologiem, który nie tylko prostuje mity narosłe wokół hormonalnej terapii zastępczej, ale też proponuje własną, „złotą” koncepcję leczenia. Mówi bez ogródek: większość zdrowych kobiet „może i powinna” korzystać z terapii. Jednak pod jednym warunkiem – że zaczniemy ją wcześnie, najlepiej do 10 lat od ostatniej miesiączki.

Menopauza to doświadczenie, które dotyka niemal wszystkich, ale o którym wciąż mówimy szeptem. Statystyki są bezlitosne. „Jeśli 80 procent kobiet przechodzi menopauzę źle, a 20 procent bardzo źle, to coś tu nie gra” – zauważa dr Oleszczuk. Uderzenia gorąca, bezsenność, mgła poznawcza, spadek energii, suchość pochwy, spadki nastroju, zmiany w metabolizmie – lista objawów jest długa i realnie obniża jakość życia, pracy, relacji.

A jednak tylko kilka procent Polek trafia na terapię, która – według obecnej wiedzy – jest najskuteczniejszym sposobem łagodzenia objawów menopauzy.

Dlaczego więc wciąż tak rzadko z niej korzystamy? Lekarz mówi wprost: lata zafałszowanych badań i medialnych sensacji zrobiły swoje.

Jak zniszczono reputację HTM

Dr Oleszczuk opowiada historię, którą środowisko medyczne wciąż musi odkręcać. W głośnych badaniach sprzed dwóch dekad wzięły udział kobiety po 60. roku życia, często z otyłością i już obciążone zdrowotnie.

„Podano im hormonalną terapię menopauzalną i wykazano wzrost ryzyka raka piersi. A potem rozciągnięto ten wynik na wszystkie kobiety – także te młodsze, zdrowe, które mogłyby z terapii skorzystać najbardziej” – tłumaczy ginekolog i jako kontrargument wskazuje porównanie: „Ryzyko raka piersi jest większe od dwóch kieliszków wina dziennie niż od prawidłowo prowadzonej terapii hormonalnej”.

Co naprawdę zwiększa ryzyko raka? W podcaście pada jeszcze jedna, istotna statystyka: 80 procent nowotworów pojawia się po 50. roku życia, kiedy organizm jest już zwyczajnie „zużyty” – jak zaznacza prowadząca.

Ryzyko rośnie nie dlatego, że kobieta przyjmuje estrogeny, lecz dlatego, że przekracza pewien próg biologiczny. To naturalne. A prawidłowo prowadzona terapia – według aktualnych badań – nie zwiększa ryzyka bardziej niż codzienne życiowe nawyki, które bagatelizujemy: alkohol, brak ruchu, przewlekły stres, zła dieta.

Złota zasada przy HTM

Dr Oleszczuk nie tylko prostuje mity, ale też przedstawia własne podejście – „złotą zasadą przy HTM”, która zakłada m.in. wczesne rozpoczęcie terapii, najlepiej w tzw. „oknie estrogenowym”. To właśnie czas ma kluczowe znaczenie. „Większość zdrowych kobiet może stosować HTM bezpiecznie, ale najlepiej zacząć do dekady od zaniku miesiączki. Wtedy działamy z organizmem, a nie pod prąd” – podkreśla lekarz.

Dlaczego mimo to kobiety czekają? Strach, dezinformacja i brak edukacji

Strach przed rakiem piersi, brak kompetencji niektórych lekarzy, tabu wokół seksualności dojrzałych kobiet, brak edukacji w podstawowej opiece zdrowotnej – to wszystko składa się na niechęć wobec HTM.

„Tymczasem badania potwierdziły skuteczność pięcioletniej terapii. A najtrudniejsze w menopauzie są pierwsze 2 do 6 lat. To właśnie ten czas, w którym najbardziej potrzebujemy wsparcia” – przypomina dr Oleszczuk.

Testosteron też jest kobietą: libido, werwa, poczucie sprawczości
Jednym z ciekawych wątków rozmowy jest suplementacja testosteronu, którą dr Oleszczuk stosuje u części pacjentek.

Efekty? „Poprawia się libido, ale też wraca werwa – energia do działania, chęć realizowania planów, radość” – mówi.

Ten temat w Polsce wciąż bywa traktowany jak kontrowersja, choć w dużej części krajów Europy Zachodniej to standard elementu terapii.


„Śpiewałyśmy to tak, jakbyśmy miały pistolet przy głowie”. Gwiazdy spektaklu „Aniołki Mussoliniego” o tym, że sprawczość jest na depresyjne czasy | „Kultura i inne przyjemności”02 déc. 202500:52:38

Dymy między nami były straszne. Jak było źle, zamawiałyśmy pierogi ze szpinakiem - mówią Ewa Prus, Katarzyna Zielińska i Barbara Kurdej-Szatan o nowym spektaklu Teatru ROMA „Aniołki Mussoliniego". To musical o kobietach, które próbują ocalić siebie, swoją sztukę i godność w czasach grozy. Zofia Fabjanowska rozmawia z aktorkami, które wcielają się w bohaterki balansujące między strachem a sceną. A także o tym, dlaczego śmiech jest formą oporu, pasja ratunkiem, a najsilniej ratują nas… inne kobiety.

Kobiety na scenie, kobiety w historii

Aniołki Mussoliniego to spektakl, który nie ucieka od trudnych tematów. Muzyka, kabaretowe sznyty i rozmach musicalu spotykają się tu z cieniem faszyzmu, strachem i walką o przetrwanie. 
Barbara Kurdej-Szatan przyznaje, że w historii tych postaci jest coś poruszającego i przewrotnego.Żydówki w czasach hitleryzmu zrobiły karierę – mówi. – Paradoks tamtego świata polegał na tym, że talent bywał przepustką do chwilowego bezpieczeństwa. Ale cena za to bywała potworna. 
To właśnie napięcie między występem a zagrożeniem stało się

kluczem do spektaklu. Aktorki opowiadają, że wielokrotnie grały i śpiewały tak, jakbyśmy miały pistolet przy głowie. Nie jako metafora. Jako emocja, która naprawdę wchodzi w ciało.

Pasja jako broń przetrwania

W centrum tej opowieści stoją kobiety. Ich trudne relacje, ich ambicje, ich kruchość i siła.Kasia: dziewczyny przetrwały dzięki pasji – mówi Katarzyna Zielińska, podkreślając, że w opowiadanej historii nie ma taniego heroizmu. Jest za to determinacja, gniew i energia, która chwilami bardziej przypomina desperację. 
Kasia: sprawczość jest na depresyjne czasy – dodaje. – To brzmi brutalnie, ale jest w tym prawda. Działanie czasem ratuje, zanim przyjdzie refleksja. 
Ewa Prus przyznaje, że praca nad postacią była intensywna emocjonalnie.Kaśka mnie wyciągnęła za fraki – mówi, śmiejąc się z czułością. – Gdy dopadała mnie niemoc, gdy czułam, że ta historia jest za ciężka, zobaczyłam, jak koleżanki niosą mnie dalej. 
Kurdej-Szatan podkreśla jeszcze jeden aspekt: teatr jest terapią. – Muzyka, śpiew, wspólna praca nad czymś, co ma sens… to oczyszcza. Nawet jeśli opowiadamy o mroku, robimy to, żeby dać widzom światło.W cieniu faszyzmu, w blasku sceny 
Choć spektakl osadzony jest w latach trzydziestych, Aniołki Mussoliniego nie są kostiumowym muzeum. Rezonują tu współczesne emocje – strach, presja, ambicje, konflikty w zespole.Dymy między nami były straszne – mówi Zielińska. – Ale właśnie dlatego ta opowieść jest prawdziwa. Kobiety nie są aniołami. Są złożone, wybuchowe, pełne sprzeczności. I dlatego publiczność tak mocno się z nimi identyfikuje. 
Kurdej-Szatan dodaje, że w tych rolach najtrudniejsze nie były sceny dramatyczne, lecz te, w których bohaterki udają beztroskę. – Bo to historia o tym, jak gra się radość, kiedy w środku wszystko pęka. O sile teatru, który pozwala udawać, żeby przeżyć.

Pierogi, przyjaźń i mikroterapie

Choć praca nad spektaklem była obciążająca, przetrwanie prób nie obyło się bez drobnych rytuałów.Jak było źle, zamawiałyśmy pierogi ze szpinakiem – wspomina Zielińska. – To był nasz mały reset, nasze 10 minut oddechu od świata, który wchodził nam pod skórę. 
Ta codzienność – pierogi, wygłupy, podtrzymywanie siebie nawzajem – stała się przeciwwagą dla historii, która potrafiła przeciążyć psychikę.


„Pokręcenie to jest moje paliwo”. Dlaczego Mariusz Bonaszewski nie chce się przeglądać w przeszłości? | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 828 nov. 202501:07:33

- Skończyłem 60 lat i jestem zmęczony, sobą też - mówi Mariusz Bonaszewski w 8. odcinku podcastu „Mężczyzna jest człowiekiem” z Beatą Biały. Czy mężczyzna wciąż musi być silny, czy wreszcie może być prawdziwy? Słuchamy mężczyzny, który nie udaje. Mariusz Bonaszewski, aktor o potężnej scenicznej charyzmie, prywatnie mówi o kruchości, zmęczeniu, wojnie i samotności. O tym, co zostaje, gdy odpadną wszystkie role.

W nowym odcinku podcastu „Mężczyzna jest człowiekiem” Beata Biały rozmawia z Mariuszem Bonaszewskim o lęku, starzeniu się, samotności, kształtowaniu emocji i o tym, że męskość XXI wieku przypomina czasem dom po remoncie, w którym nikt nie miał siły posprzątać. Aktor mówi o śniącej mu się wojnie, o pokręceniu, które jest jego paliwem, o zmęczeniu sobą i o tym, dlaczego nie chce przeglądać się w znajomych z liceum. Historia mężczyzny, który zamiast „być twardy” — jest prawdziwy.

„Niektóre wspomnienia mam fatalne”
Żyjemy w świecie męskich masek - siły, niezawodności, przewidywalności i waleczności. Bonaszewski mówi: nie, dziękuję. Jego energia płynie z niepokoju, z krzywizn, z niedopasowania. - Pokręcenie to jest moje paliwo. Zawsze byłem nadwrażliwy - przyznaje.

Jak ta jego emocjonalność się objawia? - To było widać już w szkole. Zdarzało mi się uciekać i nie chodzić miesiącami na lekcje - zdradza. Mimo że miał fajnych kolegów, to ogólny klimat tej instytucji i zachowania nauczycieli, których był świadkiem, powodowały, że nie mógł się zmusić do uczestnictwa. - Niektóre wspomnienia mam z tego okresu fatalne - wyznaje. Może dlatego nie lubi przeglądać się w przeszłości? - Nie wyobrażam sobie, żeby pojechać na zjazd absolwentów. Co miałoby mi to dać? - pyta znając odpowiedź. Nie chodzi o snobizm, lecz o intuicyjne odcinanie się od dawnych wersji siebie. Od ludzi, z którymi łączyło nas coś, co dziś już nie istnieje — może poza wspomnieniem, które czasem lepiej zostawić w spokoju.

Narzekanie jako język pokoleniowy

W rozmowie pojawia się także wątek rodzinnego dziedzictwa emocjonalnego. „Narzekanie jest przyjemne. A jak się dorasta w tym od dzieciństwa, to trudno się tego pozbyć” – mówi.

Wygląda to na mikroportret całego pokolenia. W Polsce mężczyźni często nie mają dostępu do języka emocji, ale mają dostęp do języka narzekania. To ich kod kulturowy. Narzekanie jest bezpieczne: nie odsłania słabości, nie prosi o pomoc, jest społeczne, oswojone, wręcz rytualne.

W epoce self-care, w której samotność próbuje się sprzedawać jako luksusowy produkt - weekendy offline, domy w lesie, reset w górach - Mariusz przyznaje to, co wielu mężczyzn skrzętnie ukrywa. „Nie mógłbym być sam.” Niechęć do samotności bywa traktowana jako słabość. Może nowoczesny mężczyzna wcale nie ma być samowystarczalny. Może ma być z kimś, i to nie z przymusu, lecz z potrzeby.

Kiedy śni się wojna
Bona­szewski nie ukrywa, że jego wyobraźnia pracuje jak sejsmograf współczesnych lęków. „Śni mi się wojna” – przyznaje. I dopowiada, że „lęk polega na tym, że jesteśmy w przededniu”, żyjąc w czasach, w których napięcie społeczne zaczęło przypominać cichy alarm.

Wszystkie te wątki układają się w portret człowieka, który doszedł do wieku bilansu. „Skończyłem 60 lat i jestem zmęczony, sobą też” – mówi. Nie w tonie rezygnacji, lecz dojrzałej trzeźwości. Zmęczenie nie musi oznaczać kapitulacji, może być też początkiem nowej szczerości.

„Mężczyzna jest człowiekiem” to rozmowa, w której maski spadają bez huku. Zostaje człowiek: wrażliwy, niepewny, czasem lękliwy, ale przede wszystkim prawdziwy.

„Jak zatrudniam ludzi, to mam test na jabłko”. O flakingu i nowej kulturze rekrutacji | „zaTASKowani 2”, odc. 1126 nov. 202500:46:41

- Mamy do czynienia ze zjawiskiem flakingu, tzn. ludzie nie przychodzą na rekrutacje i brakiem szacunku ze strony kandydatów. Osoba w ostatniej chwili nie przychodzi na spotkanie - mówi ekspertka od komunikacji, Hanna Dymek-Jara w podcaście „zaTASKowani 2”. - A ja się wcale nie dziwię, przyszła koza do woza, to reakcja na lata nadużyć ze strony rekruterów - odpowiada Dorota Peretiatkowicz. W 11. odcinku rozmawiamy o kulturze pracy, która zmieniła się szybciej, niż firmy zdążyły przepisać regulaminy.

Ubieraj się do pracy, którą chcesz mieć, a nie tej, którą masz. Tym klasykiem rekruterów z Doliny Krzemowej zaczynamy rozmowę o kulturze spotkań w pracy m.in. także tych rekrutacyjnych z Hanną Dymek-Jarą, ekspertką w branży PR i komunikacji kryzysowej, założycielką firmy Questia oraz Dorotą Peretiatkowicz, połową duetu Socjolożki.pl.

Między chaosem a komunizmem korporacyjnym

Dziś rozmowy o pracę przypominają psychologiczną grę terenową. Wątpliwe rytuały, zagadki rodem z motywacyjnych memów i pytania, których sensu nikt już nie pamięta. - Np. co chcesz robić za 5 lat – nie powinno padać. Dziś 5 lat jest niewyobrażalne. Ja nawet nie wiem, co się jutro wydarzy - zauważa Hanna Dymek-Jara.
Rynek pracy rzeczywiście zmienia się jak aplikacje w telefonie: co kwartał aktualizacja, co rok przełom. W takim kontekście pytanie o przyszłość za pół dekady brzmi jak relikt analogowego świata. - Kiedy patrzę na rekrutacje, to bardzo dużo jest o tym, jak się ubrać, czy patrzeć w oczy, co mówić, żeby organizacje oszukać. Przestańmy udawać - dorzuca Dorota. I dodaje: „Nie czarujmy się, że jesteśmy równi. To taki komunizm korporacyjny.”
Bo niby wszyscy wiemy, że hierarchie istnieją, ale branża HR lubi udawać, że wszyscy siedzimy przy jednym stole. Najlepiej okrągłym.

Flaking jako nowy bunt

Hanna zaczyna od tego, co dziś najbardziej denerwuje rekruterów: flakingu. Kandydaci, którzy nie przychodzą na umówione spotkania, potrafią zniknąć 5 minut przed godziną zero. - To brak szacunku z ich strony - mówi Hanna z perspektywy osoby, która widziała już wszystkie odmiany chaosu rekrutacyjnego. - A ja się wcale nie dziwię. Przyszła koza do woza. To reakcja na lata nadużyć ze strony rekruterów i braku feedbacku. To był całkowicie bezkarny proceder - odpowiada Dorota.
Po latach jednostronnej przewagi rekruterów rynek się odwrócił. To, co kiedyś było normą („odezwiemy się”), dziś wraca jak karma. Czy to eleganckie? Nie. Czy zrozumiałe? Bardzo. Potwierdzają to dane: w badaniach Polskiego Instytutu HR aż 65% kandydatów rezygnuje z pracy po pierwszym kontakcie z osobą rekrutującą, jeśli ta jest „niesympatyczna”.
W świecie, w którym — jak mówił Steve Jobs — „prawdziwi artyści dowożą”, kandydaci najwyraźniej uznali, że dowozić powinni też rekruterzy.

Test na jabłko i japonki w biurze

Dorota od kiedy prowadzi firmę sama zatrudnia i stosuje swoje niekonwencjonalne metody. - Jak rekrutuję ludzi, to mam test na jabłko -mówi. Co to za test? O tym w podcaście — ale sedno jest jedno: podejść do ludzi „jak do ludzi”. Z kolei Hanna, opierając się na danych z badań, dodaje: „Największe tzw. no-go? Japonki w biurze”.
Czy naprawdę XXI wiek z całym swoim luzem nie uniósł gumowych klapek? Najwyraźniej. I to nawet wtedy, gdy większość firmy spotyka się już tylko do połowy na Zoomie.

Dorota podsumowuje to najtrafniej: „Kultura to coś, co chroni nas przed nieprzewidywalnymi zachowaniami innych ludzi. Ale musi ewoluować” - wyjaśnia Dorota. - Nie mówmy, że relacje w pracy mają nas budować. One mają nas nie niszczyć. A to zupełnie co innego - wyjaśnia.

Dziś ewoluuje szybciej niż dress code’y. Po pandemii nie tylko praca zdalna wywróciła stół. Wywrócił się cały sposób komunikacji.
Jak pokazują liczby: 78% zetek woli czat niż maila czy telefon, z kolei 40% zetek woli już pracować z AI niż z człowiekiem (za Deloitte Gen Z and Millennial Survey, 2023).

Co to dziś znaczy „zachować się profesjonalnie”? 


© My Podcast Data · Projet indépendant · Données issues d'Apple & Spotify